niedziela, 14 grudnia 2014

WYMARZONE ŻYCIE. JAK TO SIĘ ROBI?

IS A FULL TIME JOB


Fajnie jest mieć fajne życie. Z zazdrością spoglądamy na zieleńszą trawę sąsiada i trafia nas szlag, krew nas zalewa i lekko się w nas gotuje. Bo choć nie mamy nic przeciwko szczęściu innych, po prostu... chcieliśmy być szczęśliwi pierwsi! A tymczasem dupa zbita. Dryfujemy przez życie i każdy rok przypomina następny, nic się nie zmienia, dalej jest so-so. Witamy hucznie nowy rok bo na pewno będzie wspaniały. Ale czy na pewno? Na pewno na pewno? A może czas pozbyć się złudzeń? 

Jeśli chodzi o mnie, zachęcam Was do corocznej kontemplacji nad minionym rokiem, przeanalizowanie swoich pragnień i zobaczenie co udało się zrobić a co nie wyszło. wyznaczenie sobie nowych celów, zachciewajek i marzeń. O wyznaczaniu sobie celów na nowy rok pisałam już w poście POSTANÓW NOWOROCZNIE. W NOWYM ŚWIETLE. Dziś chcę podać Wam mój skrócony sposób wyznaczania sobie planów na kolejny rok:

- Wyznaczam je z górką. Planuję naprawdę dużo, bo wychodzę z pozycji miłości do siebie i wiem, że zrealizowanych 75% planów jest lepsze niż nie zrealizowanie niczego albo spinanie się do granic możliwości by ogarnąć 100%. Traktuję moje plany i cele jako kierunkowskazy.

- Rozkminiam jak zrealizuję poszczególny cel.

- Zostawiam sobie wolną rękę by zrezygnować z danego celu (bo przestał mnie pociągać lub życie zrobiło nieprzewidziane salto mortale w powietrzu i tak jakby nie ma o czym na daną chwilę mówić) lub wyznaczenie nowych, które są priorytetowe.

- Szanuję siebie i siebie kocham i nie zamęczam.

WYMARZONE ŻYCIE

Jeśli liczysz na wymarzone życie ale nic nie planujesz i w ogóle się nie zastanawiasz co to dla Ciebie w ogóle znaczy - mam złe wieści - nic z tego nie będzie. Co więcej, *dreamlife* to nie rurki z kremem. Trzeba w sobie pogrzebać, a potem napracować się przy realizacji. No ale co jest lepszego w życiu do roboty, niż realizowanie własnych marzeń i ambicji? Oczywiście możesz lubić płynąć z prądem i wyławiać po drodze to co życie przyniesie - to strategia dobra w 40%, dla mnie 60% to muszą być plany lub chociaż kierunek. Tak podróżuję i tak żyję. I tak uważam, że jest najfajniej. Rzeczy w wyśnionym życiu nie dzieją się raczej same. Trzeba im pomóc. Dla zobrazowania mojego wywodu. W 2014 zaplanowałam sobie:

1 Miesięczny 100zł fundusz urodowy - i nic z tego nie wyszło bo miałam inne wydatki i nie przypilnowałam tego jak należy.

2 Przynajmniej jedną nową aktywność fizyczną a najlepiej dwie. Niestety udało mi się zrealizować ten cel :) Zaczęłam uczyć się jeździć na rolkach (tzn coś więcej niż się odpychać) i spróbowałam snowboardu, o którym myślałam od lat i... złamałam bardzo boleśnie rękę, która do teraz nie działa dobrze. No cóż, przynajmniej wiem, że deska nie jest dla mnie.

3 Przynajmniej dwa nowe miasta do zwiedzenia. Udało się. Zaliczyłam wspaniały wypad do Wiednia i fajny tydzień w trójmieście!

4 Przynajmniej jeden festiwal muzyczny - udało się. Byłam na Opener Festival.

5 Przynajmniej 3 koncerty kapel, na których mi naprawdę zależy. Ooo tak, dzięki Surferowi i Szczurkowi, to był naprawdę idealny muzycznie rok. Zaliczyłam The Black keys, Warpaint i Łonę. Ale poza tym zobaczyłam świetny Interpol, Lykke Li, Rudimental, Animals as leaders, HAIM, Ma, Straight cat jack, Beastmilk i wiele, wiele więcej absolutnie cudownych zespołów. Bardzo tęskniłam za muzyką i w tym roku naprawdę zakosztowałam na nowo radości z przebywania z muzyką na żywo.

6 Odciąć się od nielojalnych i toksycznych ludzi. Udało się!

7 Przeczytać minimum 18 książek się nie udało. Bo przyszły nowe wyzwania. Jakie?

CO ZROBIŁAM W 2014 ROKU a czego wcale nie planowałam:

- Rzuciłam pracę na etacie, która nie rozwijała i nie cieszyła. To była najważniejsza i najtrudniejsza rzecz jaką zrobiłam w 2014. W dodatku kompletnie nieplanowana na etapie wyznaczania sobie celów.
- Zapisałam się na 3 miesięczny kurs w Latającej Szkole dla Kobiet. 
- Kupiłam nowy komputer.
- Kupiłam domenę i serwer dla mojego nowego projektu, który zastąpi MTP.
- Nauczyłam się podstaw Wordpressa i mailchimpa.
- Znalazłam sobie dodatkową pracę jako copywriterka.
- Poznałam bardzo dużo nowych kreatywnych kobiet.
- Rozpracowałam jak ma wyglądać młodsza siostra Mad Tea Party i z jakich formuł będę korzystać by jak najlepiej dzielić się z Wami tym co mam najlepszego.
- Zorganizowałam mega giga hiper generalne porządki mieszkania.

CO PLANUJĘ WSTĘPNIE NA ROK 2015:

- Przywrócić moje ciało do formy a rękę do sprawności.
- Zrobić milowe kroki jeśli chodzi o moje życie osobiste. Czuję potrzebę stabilizacji i dużych zmian.
- Przeprowadzić się.
- Wystartować z nową stroną i stopniowo ją ulepszać i dodawać nowe możliwości. Tworzyć dokładnie takie treści jakie sama chciałabym czytać. Robić to bardziej profesjonalnie niż na MTP.
- Nadal rozwijać się copywritersko.
- Nadal projektować ubrania.
- Zacząć poważniej myśleć o stworzeniu poduszki finansowej aka FUCKYOUMONEY i lepiej zarządzać swoim budżetem. Iiii budżetem domowym mam nadzieję.
- Udać się na wspaniałe wakacje nad morze.
- Otworzyć konto oszczędnościowe na moje marzenie jakim jest wyprawa do Nowej Zelandii z moją siostrą.

To plany. Bo marzeń mam jeszcze więcej. Zachęcam Cię do zastanowienia się nad tym czego byś dla siebie chciała w poszczególnych sferach życia. Wypisz swoje cele. Wybierz najważniejszych 5 kierunków, które musisz obrać żeby Twoje życie było takie jak chcesz. Zastanów się jak możesz je zrealizować i w jakim terminie masz to zrobić. Jeśli życie przynosi akurat niespodziankę - dostosuj do niej swoje plany bez zbędnego skwierczenia.

To jak? Podlejesz swoją trawę, żeby w 2015 była soczyście zielona? Trzymam kciuki!




środa, 10 grudnia 2014

DREAMS DON'T WORK UNLESS YOU DO.



Kiedy dwa lata temu (tak, tak to już dwa lata!) rozpadał się mój związek a stary, znany i bezpieczny świat usuwał się spod moich stóp, w panice pytałam bardzo różnych ludzi o to "CO SIĘ KURWA DZIEJE Z MOIM ŻYCIEM???" Odpowiedzi były różne, tak jak różni byli ludzie, którzy mi ich udzielali. Dwie osoby jednak, nieco szamańsko i wtedy wydawało mi się na wyrost, opowiedziały mi o przepowiedniach i astrologii na najbliższe lata. Z jednej strony jestem osobą racjonalną, na pierwszy rzut jestem niesamowicie krytyczna i zdystansowana. Nie, nie. Ja nie jestem osobą, której wystarczy rzucić propozycję a radośnie podskoczę i wykrzyknę "OO TAAAK, ROBIMY TO". Ja raczej spojrzę z kamienną miną i będę myśleć czy to ma ręce i nogi. Z drugiej strony bardzo wierzę w intuicję, czuję się głęboko uduchowiona i nie jestem panią 1+1 = 2. Dla mnie to częściej 11 albo ładny początek płotu ;) Tak czy inaczej - przepowiednia mówiła, że najbliższe lata dla ludzi i całego świata będą niesamowicie destabilizujące. Że wiele struktur, które znamy i wypracowaliśmy wypali się do cna, że trzeba trzęsienia ziemi, zrównania z ziemią i nowych początków. I że wchodzimy w czas kobiet. Kobiecych wartości i całkiem nowej jakości. Ale zanim to nastąpi, nastąpi chaos i mówiąc krótko ale rzeczowo *totalny rozpierdol*. Wtedy niewiele mnie to pocieszało ani nie myślałam nad tym. Wszystkim innym się układało. Mój związek zakończył się, rozpadł, zaczęłam nowe życie na własną rękę. 

Rok później życie moich znajomych wywalało się do góry nogami. Rozpadały się związki, które trwały po 10 lat, ludzie byli wyrzucani z pracy, niektórzy nawet zmieniali związki z hetero na homo lub na odwrót. Inni odnajdywali siebie. Tracili lub zyskiwali wiarę. Zmieniali miejsca zamieszkania na inne miasta, państwa, kontynenty. nawet Ci, którym wtedy płakałam w ramię, w stabilnych miejscach z mocnymi korzeniami dziś są w totalnym kosmosie. Co myśleć o przepowiedni - dalej nie wiem. Ale dziś chcę Ci opowiedzieć o czymś innym. A robię to bo dostałam natężenie mailowo-privowe pt "Blum, co robić, moje życie jest do góry nogami! Co się dzieje? Gdzie jesteś? Czemu nie piszesz? Trzeba energii!". Otóż nie jestem superbohaterką w różowej lajkrowej rajtuzie ;) ale powiem Ci jedno: coś jest na rzeczy. U mnie też wszystko do góry nogami.

W tym roku powinnam była być słodko zakochana, upajać się komfortem własnej sytuacji i wyluzować się. Odpocząć po poprzednim kryzysie w ramionach ukochanego mężczyzny. Ale wcale tak nie było i echo moich emocji i uczuć było doskonale widać na blogu. Ten rok był dla mnie ciężki i kopiący w dupę. Nie, nie w dupę. W głowę. W mózg. Musiałam przekroczyć ogromną ilość własnych ograniczeń i wykonać olbrzymią pracę nad sobą i własnymi, szkodliwymi przekonaniami. W tym roku byłam raczej brzydka, marudna, nienawistna i trująca. Jakbym była podczas jednego wielkiego detoksu. CHCĘ CI POWIEDZIEĆ - JEST CAŁKIEM OKEJ BYĆ W TAKIM STANIE. JESTEŚ PROCESEM. We wrześniu pisałam na fejsbuku "Stoję przed ważną decyzją w moim życiu. Być może decyzją kształtującą. Najważniejszą. Decyzją ryzykowną i decyzją tego ryzyka wartą. To taka wisienka na torcie: czy potrafisz zastosować swoje poglądy w praktyce miła panienko? Czy wyjdziesz ze strefy komfortu? Czy jeśli oddasz czemuś całe serce, czy musi się udać czy raczej obije Ci dupę? Ciągle jeszcze się waham choć tak wewnątrz mnie, tam najgłębiej... decyzja dawno już zapadła." I podjęłam decyzję. Po wielu latach bycia zakochaną w swojej pracy, po wielu latach zajawki poczułam, że jestem ogromnie nieszczęśliwa. Mój potencjał nie był wykorzystany. Ja nie czułam się dłużej twórcą, nie czułam, że kształtuję rzeczy, że jestem ważną częścią tego co robię. Mam ogromy sentyment do firmy, w której pracowałam. Spotkałam tam genialnych ludzi, to firma trzymała mnie przy życiu kiedy rozpadł się mój związek. Wiele razy moje serce podskakiwało z radości, kiedy idąc ulicami różnych polskich miast widywałam piękne, szczęśliwe kobiety w sukienkach, które zaprojektowałam. Zastanawiałam się czy przynoszą im szczęście, czy miały w nich udaną randkę. Czy to jedne z tych sentymentalnych ubrań, które będą wspominać bo poznały w nich swojego przyszłego męża? Przepłakałam wiele nocy bijąc się z myślami. Wyjście ze strefy komfortu było dla mnie bardzo trudne. Serce podpowiadało, że trzeba iść dalej, realizować siebie, swoje marzenia, swój potencjał. Wiedziałam, że tam nie mogę tego robić już.ani.dnia.dłużej. Bałam się o to, jak poradzę sobie finansowo. Nie chciałam znaleźć pracy, której nie będę kochała. Wyrzucałam sobie (a inni podlewali moje lęki) że praca nie musi być przyjemna i satysfakcjonująca, ważne, żeby zarobić pie. I coraz bardziej nie lubiłam tej laski w lustrze, nie umiałam jej dłużej szanować. Posmutniałam, postarzałam się i stałam się jędzą. W końcu podjęłam decyzję. To była najlepsza decyzja tego roku. To jest największa ulga od wielu lat. Rzeczy rozsypały się ale ja, poskładałam je do kupy. Złożyłam wypowiedzenie.

Chcę Ci powiedzieć, podobnie jak przy poście o tym, kiedy kończy się związek, że kiedy w sobie, wewnątrz poczujesz że decyzja zapadła, podejmiesz ją, dasz sobie do niej prawo - z pewnością otworzą się drzwi. Dla mnie się otworzyły i wiążę z tym wydarzeniem wielkie nadzieje. Znów czuję przypływ twórczej energii, mimo tego jak zaharowana ostatnio jestem. Myślę, że dla Ciebie ten mechanizm "bycia gotowym" też zadziała. A jesteśmy tym szybciej gotowi im lepiej znamy siebie i im większy wgląd mamy w nasze emocje.

 Druga sprawa, która grała mi w duszy to przekształcenie MTP w coś innego. Dziękuję wszystkim Wam, które Wyszłyście z Muszli i opowiedziałyście mi za co lubicie to miejsce, czego chcecie więcej, czy bardzo byście się gniewały gdybym zaproponowała Wam też płatne produkty i treści itd. To pozwoliło mi uspójnić swoją wizję i rozpocząć prace nad nią. A są to nie byle jakie praco bo od trzech miesięcy chodzę co drugi weekend do Latającej Szkoły i trzepaczką stymuluję swój mózg by generował więcej pomysłów. Czemu? Bo wierzę, że pracę i pasję da się połączyć. Że trzeba iść tam gdzie nas prowadzi serce. Dla mnie jako projektantki to zawsze było ważne, żeby osobiście angażować się w moje modele i jest dla mnie ważne by z zaangażowaniem pisać, dawać coś wartościowego dalej. Jest moim wielkim marzeniem, żeby dzielić się z kobietami tym co wiem i mam. Żeby kreować inny kobiecy świat niż ten, który znam z czasów, kiedy kobiet nie lubiłam wcale a wcale. 

Obecnie jestem na etapie tworzenia strony www. Mam już wymyśloną nazwę i proporcje tego o czym chcę pisać. Pracuję nad grafikami, nad szablonem. Zapraszam ciekawe, silne babki do serii wywiadów, którymi chcę Wam pokazać, że naprawdę da się! Co więcej, Wy też kopnęłyście mnie do wyjścia ze strefy komfortu - mogę więc zaanonsować uroczyście, że przełamię się (choć będzie to okupione strachem, ściskiem żołądka i litrem antyperspirantu) do wyjścia do Was bardziej osobiście. Nie tylko usłyszycie na blogu mój głos, ale też planuję kobiece spotkania mocy (oranyrany a jestem mocno introwertyczna). 

Życie stawia przed nami dużo wyzwań. Nie wolno się spalić, nie wolno zardzewieć. Mierz wysoko i słuchaj siebie. Podejmuj decyzje, popełniaj błędy. Finalnie będziemy żałować, że czegoś nie zrobiłyśmy a nie, że zrobiłyśmy  nawet gdyby miało nie wyjść. Kiedyś myślałam, że życie w komforcie i bezpieczeństwie jest dla mnie najważniejsze. A jednak przez ostatnie dwa lata mojego życia wydarzyło się więcej niż przez poprzednie 6. Generuj wspomnienia, ryzykuj, marz i realizuj swoje marzenia.  Jak to mówi Agata Dutkowska: 

Bój się i rób! (w wolnym, blumnym tłumaczeniu: you go girl!)

P.s Możesz tez być zainspirowana postem o tym co kobieta mieć i wiedzieć powinna.

A gdybyś nie śledziła MTP fejsa, podrzucam Ci też fajną składankę w sam raz na wieczór taki jak dziś. Kiedy możesz usiąść, napić się dobrej herbaty i zastanowić się co chcesz, żeby wydarzyło się w roku 2015. I nie myśl proszę, że musi wydarzyć się coś specjalnego, żeby to się udało. Jeśli zwykłej dziewczynie ze Szczecina od wielu lat, udaje się realizować jej dreamlife, jestem pewna, że Tobie uda się też*





*A jeśli czujesz, że mimo iż wyznaczasz sobie cele i je realizujesz, w Twoim życiu ciągle jakaś pucha i niespełnienie - mam nadzieję, że w styczniu będę mogła zaprosić Cię na pierwszy PODWIECZOREK GIRLG GANG gdzie spróbuję pokazać Ci jaki może być tego powód i jak to zmienić.

Namaste

Blum
 

niedziela, 23 listopada 2014

Undercover Wear jesienny lookbook.



Wiele z Was, które kojarzą mnie jeszcze ze starych czasów zastanawia się co słychać u moich koleżanek, w tym Ani pseudonim "Piękna Ania". Ponieważ wielokrotnie podkreślam jak ważne są dla mnie bliskie osoby, pewnie nie zdziwi Was, że od lat trzymam się z moimi sprawdzonymi przyjaciółkami. Jeśli chodzi o Anię, u niej wszystko jak najlepiej, a od jakiegoś czasu prowadzi własną firmę razem ze swoim ukochanym. Ich ubrania sygnowane są nazwą Undercover Wear i chcę pokazać Wam kilka zdjęć z jesiennego lookbooka ich marki, którego miałam przyjemność współtworzyć.

Gorąco zachęcam Was do obejrzenia ich kolekcji jeśli lubicie wygodny i ciepły streetwear no i ciekawi Was czym teraz zajmuje się Anna.










Blum

piątek, 21 listopada 2014

TAK BARDZO CHCĘ MIEĆ DOM, A CIĄGLE TYLKO MIESZKAM.

Pewne myśli rodzą się w mojej głowie nagle, z wielkim POP, jak noworoczne fajerwerki. Ale ta akurat nie jest jedną z nich. Tak była jakimś nasionkiem, niedbale rzuconym na ziemię (może przez biologię, nie przeczę), które niepostrzeżenie dla mnie samej, nie tylko zapuściło korzenie ale też wyrosło na dużą, liściastą roślinę, której zignorować dłużej nie potrafię.

Ostatnio uświadomiłam sobie od jak dawna muszę być dzielna. Ile to już lat trzymam gardę, spinam się i ochraniam, wiedząc, że nikt nie ochrania mi tyłów. Ile to już lat pracuję, ile jestem na swoim, ile w międzyczasie się pozmieniało. Jestem zmęczona byciem Johnem Rambo. Jestem zmęczona obieraniem pozycji obronnej lub atakowaniem. Były wygodne momenty w moim życiu, momenty kiedy mogłam odetchnąć bo miałam rodzinę albo sielankę w pracy. Ten moment teraz, z pewnością do nich nie należy.

Są ludzie, którzy kochają rozrywkę. Lubią się zabawić i żeby było ekscytująco. Mogą spać na podłodze i nosić te same skarpetki kilka dni, byle tylko podróż ich niosła gdzieś dalej. Całkiem jakby dryfowali po morzu. Otóż ten moment jest daleko za mną. Nie lubię kiedy ludzie wymagają ode mnie żebym była entuzjastyczna i radosna na pokaz. Zazwyczaj cieszę się cicho i cieszę się jak kot. Nie ma tam, żadnego skakania i machania ogonem, ja raczej w cichym kącie leżę i mruczę sobie z przymkniętymi powiekami. Nie widzę powodu, żebym miała się dostosowywać do cudzych wyobrażeń o spełnieniu i radości.

Dwa lata temu a nawet rok wstecz, nie byłam w ogóle przygotowana do tego, żeby podzielić się z kimkolwiek sobą. Teraz jestem, a nie mam okazji. Nie wydaje mi się. Mam buta na szyi, but dociska mnie mocno i trochę już tracę dech. Jestem zmęczona, nie mogę tego ukryć i w nosie mam bycie dzielną. Płaczę jak muszę otworzyć sama słoik i nie lubię jadać w domu, chociaż jem naprzeciwko okna, więc to trochę lepsze niż picie do lustra.

Jestem zmęczona samotnością w tym dużym-nie-dużym mieście, zagubiona w smogu i niezrealizowana na każdym możliwym froncie. Mam w sobie ciepło, które nie jest wykorzystane i spala mnie od środka. Trochę tak czuję. Siedem lat temu przestałam się okłamywać, że nie potrzebuję ludzi. Potrzebuję ich może nawet bardziej niż czystego powietrza. Potrzebuję ludzi prostych i dobrych jak chleb, szczerych, nieidealnych ale takich, którzy mają dobre chęci i zwyczajnie im na mnie zależy. I mam ich, mam ich ale nie z nimi stworzę ten wymarzony dom. Bo bardzo chcę mieć dom, a ciągle jeszcze tylko mieszkam.

Może moje marzenia o wspólnym jedzeniu obiadów i kupowaniu zasłonek mogą Was śmieszyć, nigdy jednak nie byłam jedną z osób, które mówią "eee będzie co będzie, jest spoko". Ja mam marzenia gorące, nigdy letnie i przepełniają mnie one wielką wolą działania, siłą i zaangażowaniem. To się źle składa w obliczu falstartu, gdyby taki nastąpił.

Zgadzam się na wszystkie burze i wichury świata, pod warunkiem, że będę mogła wrócić do Domu. A w domu pachnie i jest bezpiecznie i zawsze jest ktoś, kto nawet jeśli chwilowo Cię nie lubi, znajdzie dla Ciebie trochę miejsca w swoich ramionach. Nie mam tego miejsca.

O tym właśnie myślałam, przytrzymując chleb gipsem i próbując go ukroić jedną ręką, o tym będę myśleć w niedzielę, kiedy muszę znów podrzucić komuś Adka, jak kukułcze jajo, bo nie ma z kim zostać w tym pustym mieszkaniu.

I w końcu o tym wczoraj myślałam, wybierając mój sekretny ratunkowy numer. Mój telefon do przyjaciela. Żeby skoro nie ramię, to może chociaż głos, mały zwiastun brązowych, ciepłych oczu i wytartego pluszu na pewnej starej, szczecińskiej kanapie. Na tej kanapie leżałam płacząc, śmiejąc się, pijąc hektolirty herbaty i paląc setki faj, kiedy było mi najgorzej i gorzej niz okropnie albo wręcz na odwrót, kiedy byłam ultraszczęśliwa.

Jej właściciel jest jak pies. Ekscytuje się głośno, macha ogonem i wkurza go moja zacięta mina. Nie czai też tej fazy z domem, on nie ma nawet lodówki. Ale to wszystko jest nieważne, bo po prostu umie i chce być blisko.

Wiem jednak, że przede mną decyzje, bardzo poważne decyzje, które przybliżą mnie lub oddalą od tego marzenia o Domu. I wybrałabym całą sobą, właśnie tę, która mnie przybliży ale nie wiem, która z nich to zrobi. Działam na oślep. Jem sama śniadanie. Sama siebie pytam "hej, jak się dziś czujesz Blum?" i ruszam z kolejnym dniem.

Jest dziś dość beznadziejnie.

piątek, 14 listopada 2014

Jak smakuje roślinny ser żółty Polsoja? I czy to w ogóle jest zdrowe?

Zdjęcie pochodzi z facebooka Polsoja.

Czy istnieje coś takiego jak wegański ser żółty? Owszem. W Polsce oferuje go Polsoja, która nieustannie poszerza swój asortyment, a to niezmiernie cieszy! Jestem wierną fanką parówek i tofu tej firmy - między innymi dlatego, że są bardzo łatwo dostępne w mojej okolicy. Oferuje go nie tylko osiedlowy sklep eko (sztuk dwa) ale i Kaufland. Nie mogłam więc nie wypróbować sera. Moje zdanie na temat roślinnych zastępników poznaliście już w poście A po co ci te sojowe parówki? więc tym razem odpuszczę sobie przemowę pt "różne są powody stosowanie diety roślinnej".

WYSTĘPOWANIE:

Carrefour Express - serio, znalazłam go w każdym takim sklepie w Krakowie.

CENA:

Ok 6 zł - nie ma tragedii w porównaniu do zwykłego sera. Płacimy za 7 plastrów.

SKŁAD:

woda, rafinowany tłuszcz kokosowy, skrobia modyfikowana, olej rzepakowy, skrobia grochowa, białko sojowe, substancje zagęszczające: karagen i mączka chleba świętojańskiego, sól, aromaty: emulgator: metyloceluloza,regulator kwasowości: kwas mlekowy (pochodzenia roślinnego), barwniki: karoteny i annato.

Nie trzeba być mistrzem świata ani nawet alchemikiem, żeby zorientować się, że skład nie sprzyja specjalnie spożyciu tego plexi. Nie jesteśmy jednak ortorektykami lecz roślinożercami w poszukiwaniu śmieciowej podniety, sera, który będzie spełniał funkcję sera, niekoniecznie leku na całe zło świata lub też multiwitaminy. Toteż skład możemy wybaczyć.

Niestety ser nie smakuje. W nazwie jest to vege plaster o smaku Emmentalera. Nie interesuje mnie konkretny rodzaj sera, nie interesuje mnie nawet, żeby ser smakował jak ser, ale chciałabym, żeby był pyszny i dawał się użyć w sytuacjach, w których normalnie występuje żółty ser krowiego pochodzenia. Zrobiłam 3 próby tego produktu. Jedząc ser na kanapkach z pomidorem, jedząc go saute i próbując zrobić z niego tosty. Niestety ser nie jest smaczny, jest dość plastikowy. Nie topi się też, jedynie lekko poci. Nie pomaga mu keczup i nie pomaga mu czosnek.

Wniosek? Ani smaczne, ani zdrowe. Smuteczek. Niemniej życzę Polsoi, żeby nie ustawała w próbach modyfikowania swoich produktów. Łatwo dostępne, roślinne wersje są spełnieniem marzeń mojego chłopaka ale i myślę sobie, całej rzeszy roślinożerców, która poza strączkami, warzywami krzyżowymi i superfoodsami, wszmałaby z chęcią pizzę jak np tę w ZEUS PIZZA BERLIN

Jakie ciągnące sery polecacie?

P.S Jeśli lubisz fastfoody ale niekoniecznie ze sztucznymi serami i mięsami, spróbuj przepysznej pizzy bez dodatku nabiału

Blum