niedziela, 23 listopada 2014

Undercover Wear jesienny lookbook.



Wiele z Was, które kojarzą mnie jeszcze ze starych czasów zastanawia się co słychać u moich koleżanek, w tym Ani pseudonim "Piękna Ania". Ponieważ wielokrotnie podkreślam jak ważne są dla mnie bliskie osoby, pewnie nie zdziwi Was, że od lat trzymam się z moimi sprawdzonymi przyjaciółkami. Jeśli chodzi o Anię, u niej wszystko jak najlepiej, a od jakiegoś czasu prowadzi własną firmę razem ze swoim ukochanym. Ich ubrania sygnowane są nazwą Undercover Wear i chcę pokazać Wam kilka zdjęć z jesiennego lookbooka ich marki, którego miałam przyjemność współtworzyć.

Gorąco zachęcam Was do obejrzenia ich kolekcji jeśli lubicie wygodny i ciepły streetwear no i ciekawi Was czym teraz zajmuje się Anna.










Blum

piątek, 21 listopada 2014

TAK BARDZO CHCĘ MIEĆ DOM, A CIĄGLE TYLKO MIESZKAM.

Pewne myśli rodzą się w mojej głowie nagle, z wielkim POP, jak noworoczne fajerwerki. Ale ta akurat nie jest jedną z nich. Tak była jakimś nasionkiem, niedbale rzuconym na ziemię (może przez biologię, nie przeczę), które niepostrzeżenie dla mnie samej, nie tylko zapuściło korzenie ale też wyrosło na dużą, liściastą roślinę, której zignorować dłużej nie potrafię.

Ostatnio uświadomiłam sobie od jak dawna muszę być dzielna. Ile to już lat trzymam gardę, spinam się i ochraniam, wiedząc, że nikt nie ochrania mi tyłów. Ile to już lat pracuję, ile jestem na swoim, ile w międzyczasie się pozmieniało. Jestem zmęczona byciem Johnem Rambo. Jestem zmęczona obieraniem pozycji obronnej lub atakowaniem. Były wygodne momenty w moim życiu, momenty kiedy mogłam odetchnąć bo miałam rodzinę albo sielankę w pracy. Ten moment teraz, z pewnością do nich nie należy.

Są ludzie, którzy kochają rozrywkę. Lubią się zabawić i żeby było ekscytująco. Mogą spać na podłodze i nosić te same skarpetki kilka dni, byle tylko podróż ich niosła gdzieś dalej. Całkiem jakby dryfowali po morzu. Otóż ten moment jest daleko za mną. Nie lubię kiedy ludzie wymagają ode mnie żebym była entuzjastyczna i radosna na pokaz. Zazwyczaj cieszę się cicho i cieszę się jak kot. Nie ma tam, żadnego skakania i machania ogonem, ja raczej w cichym kącie leżę i mruczę sobie z przymkniętymi powiekami. Nie widzę powodu, żebym miała się dostosowywać do cudzych wyobrażeń o spełnieniu i radości.

Dwa lata temu a nawet rok wstecz, nie byłam w ogóle przygotowana do tego, żeby podzielić się z kimkolwiek sobą. Teraz jestem, a nie mam okazji. Nie wydaje mi się. Mam buta na szyi, but dociska mnie mocno i trochę już tracę dech. Jestem zmęczona, nie mogę tego ukryć i w nosie mam bycie dzielną. Płaczę jak muszę otworzyć sama słoik i nie lubię jadać w domu, chociaż jem naprzeciwko okna, więc to trochę lepsze niż picie do lustra.

Jestem zmęczona samotnością w tym dużym-nie-dużym mieście, zagubiona w smogu i niezrealizowana na każdym możliwym froncie. Mam w sobie ciepło, które nie jest wykorzystane i spala mnie od środka. Trochę tak czuję. Siedem lat temu przestałam się okłamywać, że nie potrzebuję ludzi. Potrzebuję ich może nawet bardziej niż czystego powietrza. Potrzebuję ludzi prostych i dobrych jak chleb, szczerych, nieidealnych ale takich, którzy mają dobre chęci i zwyczajnie im na mnie zależy. I mam ich, mam ich ale nie z nimi stworzę ten wymarzony dom. Bo bardzo chcę mieć dom, a ciągle jeszcze tylko mieszkam.

Może moje marzenia o wspólnym jedzeniu obiadów i kupowaniu zasłonek mogą Was śmieszyć, nigdy jednak nie byłam jedną z osób, które mówią "eee będzie co będzie, jest spoko". Ja mam marzenia gorące, nigdy letnie i przepełniają mnie one wielką wolą działania, siłą i zaangażowaniem. To się źle składa w obliczu falstartu, gdyby taki nastąpił.

Zgadzam się na wszystkie burze i wichury świata, pod warunkiem, że będę mogła wrócić do Domu. A w domu pachnie i jest bezpiecznie i zawsze jest ktoś, kto nawet jeśli chwilowo Cię nie lubi, znajdzie dla Ciebie trochę miejsca w swoich ramionach. Nie mam tego miejsca.

O tym właśnie myślałam, przytrzymując chleb gipsem i próbując go ukroić jedną ręką, o tym będę myśleć w niedzielę, kiedy muszę znów podrzucić komuś Adka, jak kukułcze jajo, bo nie ma z kim zostać w tym pustym mieszkaniu.

I w końcu o tym wczoraj myślałam, wybierając mój sekretny ratunkowy numer. Mój telefon do przyjaciela. Żeby skoro nie ramię, to może chociaż głos, mały zwiastun brązowych, ciepłych oczu i wytartego pluszu na pewnej starej, szczecińskiej kanapie. Na tej kanapie leżałam płacząc, śmiejąc się, pijąc hektolirty herbaty i paląc setki faj, kiedy było mi najgorzej i gorzej niz okropnie albo wręcz na odwrót, kiedy byłam ultraszczęśliwa.

Jej właściciel jest jak pies. Ekscytuje się głośno, macha ogonem i wkurza go moja zacięta mina. Nie czai też tej fazy z domem, on nie ma nawet lodówki. Ale to wszystko jest nieważne, bo po prostu umie i chce być blisko.

Wiem jednak, że przede mną decyzje, bardzo poważne decyzje, które przybliżą mnie lub oddalą od tego marzenia o Domu. I wybrałabym całą sobą, właśnie tę, która mnie przybliży ale nie wiem, która z nich to zrobi. Działam na oślep. Jem sama śniadanie. Sama siebie pytam "hej, jak się dziś czujesz Blum?" i ruszam z kolejnym dniem.

Jest dziś dość beznadziejnie.

piątek, 14 listopada 2014

Jak smakuje roślinny ser żółty Polsoja? I czy to w ogóle jest zdrowe?

Zdjęcie pochodzi z facebooka Polsoja.

Czy istnieje coś takiego jak wegański ser żółty? Owszem. W Polsce oferuje go Polsoja, która nieustannie poszerza swój asortyment, a to niezmiernie cieszy! Jestem wierną fanką parówek i tofu tej firmy - między innymi dlatego, że są bardzo łatwo dostępne w mojej okolicy. Oferuje go nie tylko osiedlowy sklep eko (sztuk dwa) ale i Kaufland. Nie mogłam więc nie wypróbować sera. Moje zdanie na temat roślinnych zastępników poznaliście już w poście A po co ci te sojowe parówki? więc tym razem odpuszczę sobie przemowę pt "różne są powody stosowanie diety roślinnej".

WYSTĘPOWANIE:

Carrefour Express - serio, znalazłam go w każdym takim sklepie w Krakowie.

CENA:

Ok 6 zł - nie ma tragedii w porównaniu do zwykłego sera. Płacimy za 7 plastrów.

SKŁAD:

woda, rafinowany tłuszcz kokosowy, skrobia modyfikowana, olej rzepakowy, skrobia grochowa, białko sojowe, substancje zagęszczające: karagen i mączka chleba świętojańskiego, sól, aromaty: emulgator: metyloceluloza,regulator kwasowości: kwas mlekowy (pochodzenia roślinnego), barwniki: karoteny i annato.

Nie trzeba być mistrzem świata ani nawet alchemikiem, żeby zorientować się, że skład nie sprzyja specjalnie spożyciu tego plexi. Nie jesteśmy jednak ortorektykami lecz roślinożercami w poszukiwaniu śmieciowej podniety, sera, który będzie spełniał funkcję sera, niekoniecznie leku na całe zło świata lub też multiwitaminy. Toteż skład możemy wybaczyć.

Niestety ser nie smakuje. W nazwie jest to vege plaster o smaku Emmentalera. Nie interesuje mnie konkretny rodzaj sera, nie interesuje mnie nawet, żeby ser smakował jak ser, ale chciałabym, żeby był pyszny i dawał się użyć w sytuacjach, w których normalnie występuje żółty ser krowiego pochodzenia. Zrobiłam 3 próby tego produktu. Jedząc ser na kanapkach z pomidorem, jedząc go saute i próbując zrobić z niego tosty. Niestety ser nie jest smaczny, jest dość plastikowy. Nie topi się też, jedynie lekko poci. Nie pomaga mu keczup i nie pomaga mu czosnek.

Wniosek? Ani smaczne, ani zdrowe. Smuteczek. Niemniej życzę Polsoi, żeby nie ustawała w próbach modyfikowania swoich produktów. Łatwo dostępne, roślinne wersje są spełnieniem marzeń mojego chłopaka ale i myślę sobie, całej rzeszy roślinożerców, która poza strączkami, warzywami krzyżowymi i superfoodsami, wszmałaby z chęcią pizzę jak np tę w ZEUS PIZZA BERLIN

Jakie ciągnące sery polecacie?

P.S Jeśli lubisz fastfoody ale niekoniecznie ze sztucznymi serami i mięsami, spróbuj przepysznej pizzy bez dodatku nabiału

Blum






środa, 5 listopada 2014

EAT WELL OR GO TO HELL

Śnia: owsianka pełnoziarnista z bananem, wiórkami kokosowymi, rodzynkami i połową granatu, którego dostałam od spotkanej w kuchni Asi.

 W OSTATNIM poście starałam się Wam na własnym niechlubnym przykładzie pokazać jakie konsekwencje ma niehigieniczny i higieniczny tryb życia. Ponarzekałam uroczo na temat swojego psyche i fizis, bo czuję się jak kupa, a Wy wtórowałyście, że oto hjustonhjuston mamy problem! I że kumacie czaczę i "zmieńmy coś". A poza tym byłam zapytana o to co jem - któraś z Was prosiła o pokazanie szamki z całego dnia, inna pytała czy suplementuję cokolwiek a jeszcze inna czy jestem jeszcze weganką. Tak więc ten post ODPOWIE NA Wasze życzenia ale też zobrazuje jakie to plany naprawcze podjęłam, żeby uzdrowić swe ciało i ducha. Jak już wspomniałam, trening dorzucę później. Na razie muszę zająć się zestresowaną głową i odżywić nieco tkanki, żeby mieć na cokolwiek siły i chęci!

Moim celem było przede wszystkim zmiana z zapychania się węglowodanami (często prostymi) na rzecz zwiększenia liczby owoców i warzyw w mojej diecie.

Na obiad kostka naturalnego tofu, filiżanka bulguru i dwie garści brokułów. Jako dressing sok z cytryny i sos sojowy.
 Ugotowałam ten obiad będąc pod prysznicem! Bulgur wystarczy zalać wrzątkiem, brokuły wrzucić do garnka. Tofu pokroić i spryskać dressingiem co zajmuje z całe 3 minuty.
Druga część obiadu.
 Cateringowo domówiłam sobie zestaw surówek czyli burak, marchewka i rzepa.

Kolacja
 Na kolację pochłonęłam dużą ikeowską michę zupy z dyni i czerwonej papryki. Robi się ją mniej więcej tak, że dynię, cebulę i czosnek oraz czerwoną paprykę podsmaża się na oliwie, zalewa bulionem warzywnym (lub wodą z kostką) dodaje łyżeczkę czerwonej pasty curry, soli się. Dodaje się resztę wczorajszej kaszy jaglanej albo bulguru i miksuje na gładką masę, a podaje z prażonymi pestkami dyni. Ja sobie zjadłam taką miskę z chlebem żytnio-pszennym. Tę zupę zmontowałam wczoraj na freehandzie z resztek ale wyszła przepyszna!



Jeśli chodzi o suple, przeprosiłam się z witaminą B12, po którą skoczyłam do Herbapolu. B12 jest niezbędna weganom i wegetarianom a corazc częściej też mięsożercom, gdyż jedzone przez nich mięso jest bardzo słabej jakości. Wbrew temu co obiecują niektóre "superfoodsy" B12 jest wytworem bakterii w jelitach i nie da się go przyswoić z żadnych źródeł roślinnych. Ani glony ani kiszonki. Zwierzęta roślinożerne po prostu robią recycling i często zażerają się kupą - pewnie wiecie to jeśli mieliście szczury lub króliki. Tak, dlatego my, musimy suplementować B12 a jej niedobory są poważne w skutkach. Organizm ją magazynuje więc niekoniecznie możecie czuć jej braki, standardem jednak powinno być suplementowanie jej przez cały rok. Poza tym, będąc już w zielarskim, skusiłam się na czystek. Właśnie go sobie popijam. W smaku jest łagodniejszy niż zielona herbata i przyjemniejszy niż skrzyp czy pokrzywa. Czystek jest dla Ciebie, jeśli chcesz podreperować swoją odporność, nie możesz ciągle jeszcze rzucić petów albo żywisz się smogiem (elo Kraków!). No i oczywiście dla tych, którzy boją się boreliozy a przede wszystkim dla ludzi, którzy chcą być piękni i młodzi. O szczególnych zaletach czystka możesz sobie poczytać TU Ja jestem mega ciekawa co zrobi z moją odporonością i skórą.


Jeszcze nie ćwiczę ale już się nastawiam! Polowałam na sportowe staniki i wypatrzyłam śliczny pastelowy niebieski w Oysho a tymczasem w New Yorkerze, badziewnym New Yorkerze dorwałam taki koralowy topik za ok 35zł! Kupiłam też drugi, droższy, z usztywnianymi miseczkami. Będą w sam raz na pole (ten z miseczkami) i ten z foty na jogę. Nienawidzę ćwiczyć w zwykłych stanikach z fiszbinami bo jak wyciągniesz dobrze rękę to fiszbiny piją jak szalone. Oysho póki co odpuściłam ale z tych jestem bardzo zadowolona i polecam! A Wy z łaski swej polećcie mi gdzie mogę w równie soczystych kolorach kupić legginsy (nie chcę bawełnianych bo się wypychają kolana, wole coś sztuczniejszego).


W tym roku, po raz pierwszy w życiu postanowiłam zacząć suplementować witaminę D3. Normalnie wytwarza ją nasza nieposmarowana filtrami skóra. Niestety w Polsce od ok października do kwietnia, promienie słoneczne padają pod takim kątem, że ni chu chu nie mamy szansy jej wytworzyć. Co tu zrobić? Ano suplementować. Mięsożercy i niemięsożercy. Z tego co wiem możnaby brać witaminę D2 i ta jest roślinna, ale nam chodzi przecież o D3 i tu dupa zbita! Moja D4 jest pozyskiwana z runa owczego (nie wiem czasem czy nie jakim światłem czy inną mocą). Nie jest to owczywiście wegańskie tak jak i wełna wegańska nie jest. Ja na ten moment się zdecydowałam gdyż,

JAKKOLWIEK NIE JEM ZWIERZĄT A MOJA DIETA JEST W PRZEWAŻAJĄCEJ CZĘŚCI ROŚLINNA (dlatego też suplementację to co i suplementują weganie) TAK JEM MIÓD, PYŁEK PSZCZELI, SUPLEMENTUJĘ WITMINĘ D3 Z RUNA OWCZEGO. Poza tym zbijam mole i mrówki faraonki (gdyż rozumiem to jako pewien rodzaj wojny, w którym to albo ja, albo one zjedzą moje zapasy pożywienia). Jedząc na mieście i jedząc u ludzi, nie wybrzydzam i jem wegetariańsko. Nie jest to duży procent ale jest - więc warto żebyście o tym wiedzieli. Co nie zmienia faktu, że nie będę na MTP promować przepisów wegetariańskich bo sama gotuję wegańsko i wolę takie jedzenie promować.

Wybrałam krople a nie tabletki bo ponoć przez śluzówkę wchłania się raz dwa.

O tym, dlaczego D3 jest taka koszmarnie ważna, opowie Wam ciocia Pepsi

INNE SUPLE I SUPERFOODSY:

Jak wielokrotnie pisałam, nie jestem fanką tabletek i wolę jako suple traktować superfoodsy. Niemniej z B12 i D3 nie ma żartów. Poza tym, urozmaicam sobie dietę:

- jagodami goji
- pyłkiem pszczelnim
- mielonym sezamem (jest roślinnym źródłem wapnia w mojej diecie i szczególnie uważam na to odkąd złamałam rękę)
- mielonym lnem (jest moim źródłem omega3 bo ma dobry stosunek tychże do omega 6 - jak w rybach, inne roślinne źródła mają stanowczo więcej omega 6 niż 3)

Tu uwaga - sezam i len mielimy np w młynku do kawy i przechowujemy w lodówce. Wysoka temperatura niszczy to oco nam chodzi. Zjedzenie sezamu i lnu w całości pomaga na trawienie, ale organizm nie strawi tych nasionek.

- makiem
- kiszoną kapustą
- miodem
- sokiem z czarnego bzu
- imbirem
- kurkumą
- kiełkami

i praktycznie wszystkim co opisuję dla Was w dziale "Bohater tygodnia". Bo wierzę, że nie same tabletki czy superfoodsy dają zdrowie ale właśnie jedzenie wielu różnych zdrowych rzeczy na raz. Jedzenie zdrowych dodatków do niezdrowych posiłków niewiele daje co wiem na swoim przykładzie.

Nie jem chlorelli ani spiruliny, po pierwsze dlatego, że glony te są niewskazane gdy jest się zmarzlakiem. Po drugie słyszałam kontrowersyjne wypowiedzi na ich temat.


Posiłki, które dziś Wam pokazałam to faktycznie to co zjdałam i objętościowo było tego duuużo. Najadłam się tym choć przy ograniczeniu węgli moje ciało jest trochę rozsierdzone. Niestety wypiłam też dwie słodzone kawy a wczoraj nawet najadłam się surowego czosnku i wypiłam pół butelki czerwonego wina. Wiem, wiem... ale to dopiero trzeci dzień. Poza tymi przewinieniami trochę orzechów, pestek, suszonych owoców, dużo wody, herbatek, soku wyciśniętego z pomarańczy. Powolutku zmierzam do poprawy, nie zamierzam się ani zatruwać ani zbyt żyłować.


I... mam już odrobinkę więcej energii. Nie jestem taka ciężka i ospała. Zobaczymy jak będzie dalej. Będę relacjonować.

Blum

poniedziałek, 3 listopada 2014

JAK SIĘ ZAPUŚCIĆ W CIĄGU ROKU? Na przykladzie własnym.

 Tak się zastanawiałam czy poruszać ten temat czy nie, bo to w sumie nic przyjemnego dla mnie, ale w końcu uznałam, że nic nie działa tak jak dobrze zaserwowany przykład. Chciałabym Wam zatem unaocznić moją przemianę tak zwane bifor i after z tym, że w niedogodnej dla mnie kolejności. Tak. Nie mam w domu wagi (szczęśliwi kilogramów nie liczą) a poza tym powiedzmy sobie szczerze, ważyłam prawdopodobnie tyle samo rok temu ALE to były mięśnie. Dziś jest to tłuszcz. Jeśli jednak myślicie, że będzie to jeden z postów pt "olaboga ale jestem smutną grubaską" to się mylicie. Nie będziemy nadawać tu na moje dodatkowe kilogramy i miejsca, w które poszły oraz te, które no jasna dupa, ominęły! Będziemy mówić za to sporo o nawykach żywieniowych, o tym jak być dobrym dla swojego ciała, czym skutkuje jego zaniedbanie i jak to zrobić żeby się nie zapuścić do stanu, w którym powrót do tego "bifor" może być już naprawdę ciężki.

Powody dla których nie mam ochoty na tego posta są oczywiste:

a) Wolałabym żeby nie było jak jest.
b) Trochę to publicznie mnie zobowiązuje do wzięcia się w garść a przysłowiowej dupy w troki (czy jakoś tak).
c) Negliż w necie to nie do końca coś na co mam ochotę ale skoro fitnessowe blogerki się negliżują i skoro ja w takich ubraniach oto ćwiczę to może jednak nie jest to obrazą moralności. Tak czy inaczej, bez tych zdjęć post nie ma sensu.

W ogóle gorąco Wam polecam robienie zdjęć w przymierzalniach (pomijając czy lustra wyszczuplają czy nie) ja robię je po to, żeby w domu na spokojnie przemyśleć czy na bank chcę coś kupić. Zazwyczaj po tygodniu wcale nie chcę mieć danej rzeczy. A z drugiej strony to archiwum stanu mojego ciała. Unaocznia pewne rzeczy. Czasem bardziej niż bym sobie tego życzyła.




BIFOR ok 1 - 1,5 roku temu

Jedzenie: Praktycznie tylko nieprzetworzona żywność. Codziennie gotowany w domu obiad i śniadanie zabierane do pracy. Dużo warzyw i owoców. Sporo wody.

Suple: B12 i superfoodsy (sporadycznie)

Alkohol - tak

Aktywność fizyczna - min 3 razy w tygodniu do 6 razy w tygodniu. Zarówno siłowe (siłka, pole dance rówżnież w swoim przypadku zaliczam do siłowych haha) jak i rozciągające (streching i yoga metodą yengara). W domu rozciąganie, hula hop. Często też bieżnia i orbitrek.

Stres - umiarkowany

Wygląd ciała: Mało tłuszczu (to, że tyję od razu widać po ramionach, to też najsłabsza część mojego ciała, na pole baaaardzo wzmocniłam ręce i plecy ale o dziwo wcale nie przybyło mi mięśni co często zdarzało się innym laskom chodzącym ze mną na pole). Mocno umięśnione nogi (najłatwiej sportują mi się uda, dość szybko górne partie brzucha), podniesione i okrągłe (jak na moje możliwości i absolutnie brak przysiadów czy martwych ciągów ze sztangą) pośladki. Skóra napięta, jędrna, mało cellulitu.

Samopoczucie: Mega mega dużo energii - mogłam spać po 5h na dobę i byłam bardzo wypoczęta. Po kardio zalew endorfin. Na tamtym etapie ruch sprawiał mi bardzo dużo radości i satysfakcji. Psychiczne zaufanie do siebie i swoich możliwości - wynikająca z tego pewność siebie ale nie na zasadzie "wow jestem laską" tylko "wow, mogę to zrobić! mogę zrobić więcej niż wczoraj! niż kiedykolwiek!". Byłam bardzo rozciągnięta (nie, nie zwijałam się w precla ale miałam dobrze rozciągnięte pachwiny, boki, klatkę piersiową, barki, szyję). Ogólnie nie czułam się lepiej odkąd skończyłam 16 lat.

Chuda rąsia. Nie jestem i nie byłam nigdy pakerem, moja dieta nie była też nastawiona na budowanie masy mięśniowej. Nie znam się na tym, kierowałam się tylko tym jak się czuję a że czułam się ekstra, uważałam, że to dobry kierunek. Ramiona to miejsce, w którym najszybciej odkłada mi się tłuszcz i najciężej mi się go pozbyć.

Zapewniam Was, że stosunek umięśnionego tyłu do szczupłej ręki jest dla mnie jakimś cudem tamtych czasów ;)

Tu już troszkę sobie pofolgowawszy czyli wakacje u rodziców. Wiadomo, domowe jedzenie, zero ćwiczeń itp.

AFTER - TERAZ

Jedzenie: Na śniadanie precel krakowski i posłodzona kawa albo coś zdrowego przyniesionego z domu. Obiad gotowany w domu i zdrowy ale coraz częściej nie mam pomysłu/czasu by ugotować. Wtedy zostają mi ziemniaki i zestaw surówek z cateringu lub pierogi, naleśniki. W weekendy jedzenie na mieści (Surfer nie może usiedzieć w domu) albo u mamy Serferowej czyli polska kuchnia podpimpowana na wege - sojowe kotlety, ziemniaki, trochę sałatek, dużo tłuszczu i nabiału. Nie jem zbyt dużo warzyw i owoców. Nie mam planu na kolacje więc wracając z pracy kupuję w Żabce zupkę chińską albo bułki i próbuję ukręcić jakąs pastę lub kupuję gotowca.

Suple: Jem jakieśtam superfoodsy. Zapomniałam kupić B12.

Alkohol - tak

Aktywność fizyczna - Yyyy... zerowa? Czasem jadę na rolki albo wychodzę na rower. Kilka razy od złamania ręki byłam na jodze czy rurce. Zawsze mam zakwasy. Nic nie umiem zrobić.

Stres - mega dużo stresu spowodowanego pracą (stres bardzo źle wpływa na przyswajanie wartości odżywczych). Zajadam ten stres.

Wygląd ciała: Nigdy nie byłam osobą, której łatwo przychodzi nabranie masy mięśniowej (nawet kiedy jadłam mięso) teraz moje mięśnie zniknęły. Znów mam słabe ręce. Czuję mrowienie w plecach (które jest zawsze złym znakiem bo oznacza, że kręgosłup może za chwile upomnieć się o swoje, sfrustrowany siedzącym trybem życia). Garbię się. Nie jestem w ogóle rozciągnięta. Mam zakwasy po czynnościach, po których wcześniej ich nie miałam. Szybko się męczę. Mam cellulit, zwłaszcza na tyłku, który przypomina teraz ciasto drożdżowe w dotyku (nie chcę być dla siebie zbyt surowa ale trochę tak niestety jednak jest). Skóra nie jest jędrna ani napięta. Napięte są na mnie moje stare dżinsy, w które teraz ledwo się dopinam.

Samopoczucie: Czuję się fatalnie. Fabrycznie mam bardzo niskie ciśnienie krwi więc kiedy nie ćwiczę, jestem śnięta, boli mnie często głowa. Jestem apatyczna. Bardzo zestresowana. Często chce mi się płakać choć obiektywnie nie ma powodu. Chodzę spać o 22 a mimo to nokautuję budzik rano i często zasypiam do pracy. Nie mam na nic siły. Wyniki mam w normie a jednak jestem apatyczna. Po pracy robię niezbędne minimum i padam. Jestem sfrustrowana bo czuję, że żyję tylko po to żeby pracować a pracuję tylko po to, żeby się utrzymać. Nie mam siły i wydaje mi się, że nie mam czasu. Czasem mam niedobory magnezu, wiem bo mam skurcze powieki. Boli mnie kark.

A wyglądam tak:

Zwróćcie uwagę na ręce i na boczki.
Celem tego posta nie jest użalanie się nad sobą i złym losem. Część z Was pewnie jak zawsze powie, że nie jest źle i że przesadzam. A ja Wam powiem, że ten moment to idealny moment, który trzeba uchwycić i zacząć działać żeby uniknąć:

- nadwagi
- anemii
- niedoborów witamin i mikromakroelementów ;)
- pogłębienia dyskopatii
- jeszcze większego zwolnienia przemiany materii

Bardzo łatwo jest machnąć ręką i powiedzieć sobie, że jeszcze nic się nie dzieje. Równie łatwo zaspać się 10kg później. Podejrzewam, że schudnąć i wrócić do formy za kilka miesięcy czy lat łatwiej nie będzie.

Chcę tym postem też pokazać, że jest wegetarianizm i wegetarnizm czy też weganizm i weganizm. Na każdej diecie można jeść zdrowo i jeść po prostu syf. Można żyć niehigienicznie. Ja rozumiem, że nie jestem Ewą Chodakowską ani Wolską. Nie jestem twardzielką biegającą w maratonach ani crosfitterką. Jestem zwykłą sobą, kocham jeść, lubię dobre wino, czekoladę i czytać książki pod kocem. A jednak wybierając dany tryb życia, zasadniczo zmieniłam jego jakość. Tym razem na gorsze. To żadna z faz w stylu "mam chłopa i nie muszę już się starać". Miałam poważnie złamaną rękę (która nadal nie jest sprawna), miałam dużo wymówek i angażowałam się w inne sprawy. Bardzo dużo energii poświęciłam firmie, w której pracuję, sporo poświęciłam blogowaniu, rozwijałam inne projekty no i tak, musiałam oddać część miejsca nowemu człowiekowi, który wszedł w moje życie i przy okazji nie zaniedbać ludzi starych. Chodzi tylko o to, że siebie też muszę szanować a moim ciałem - opiekować się. I ono, to ciało jest w rozsypce. Mam słabą odporność i okropne samopoczucie. Jestem przygnębiona. Nie mogę się tak traktować bo to zwyczajnie nie fair.

Wprowadzam plan naprawczy. Jaki? Najpierw zaczynam od jedzenia i odżywienia organizmu. Potem postaram się wrócić do ćwiczeń. Nie chcę wywierać na sobie bezsensownej presji bo nie mam być dla mojego ciała gestapowcem tylko przyjaciółką. Najpierw dobre jedzenie, sen, nawodnienie, suple. Potem ruch. I przede wszystkim: nie stresować się tak bardzo.

Przyjrzyjcie się swoim ciałom. Gdzie je boli? Czego brakuje? I czy na pewno to nie jest dobry moment, żeby o siebie zadbać?

Blum