wtorek, 15 kwietnia 2014

Istne Insta szaleństwo




Istne szaleństwo na punkcie insta ;) Odkąd odkryłam, że to świetny sposób by dzielić się z Wami zdjęciami w instapodsumowaniach takich jak to dziś, nie mogę się od Instagrama uwolnić. Co prawda musiałam zablokować dostęp dla wszystkich chętnych, ale zbiorczo mogę podsumować na blogu i jeszcze pokomentować. Szczerze mówiąc, nigdy nie chciałoby mi się tego robić gdybym miała focić maupką i obrabiać zdjęcia w dobrej jakości. Nie bo Was nie lubię, ale jakoś wysiłek włożony w taką pracę wydaje mi się trochę niewspółmierny do treści, no bo hej... to tylko trochę gadania o moim życiu i tym co ostatnio zjadłam czy kupiłam. Jednak w takiej pigułce nadaje się w sam raz na bloga, kiedy coś nie zasłużyło jeszcze na całego posta a jednak chcę Wam opowiedzieć. So let's go!




Pierwsza sprawa - byliśmy na krakowskim Najedzeni Fest. To co udało mi się zanotować w głowie to fakt, że krakowski catering Zielony Talerz jest super git. Zjadłam jakieś orzechowo karmelowe ciacho a Marty babeczkę, która się rozpłynęła niestety (ah bita kokosowa śmietano!) w każdym razie polecamy! Druga sprawa, na Dajworze otwiera się miły lokal, kawiarnia i sklepik taki trochę w duchu ajurwedyjskim - dużo herbatek, ziółek, wypieki. Trochę vegan ale głównie jednak z naciskiem na indyjskości więc tego bym się spodziewała. Skusiliśmy się też, na zielonego szejka po polsku:


Czyli jabłka zmiksowane z pęczkami pietruszki i cytryną. Pietrucha bardzo mocno oczyszcza organizm więc na wiosnę jak znalazł, jednak szejk nie był najpyszniejszy na świecie. Aktualnie jestem na etapie kompletowania sprzętu kuchennego i myślę nad jakimś super robotem. Panie robiły szejka Termomixem, który jak za tę cenę chyba nie jest wcale fajną inwestycją. Szejk był wodnisty, pietruszka poszarpana. Bez szału. Choć jak widać nawet postaci z koszulki nie mogły się oprzeć pokusie napicia się ;)


Potem odtwarzałam go w domu i o dziwo blenderem wychodził lepszy. Tere fere Termomixie! Moje jabłka być może były słodsze bo smak w ogóle był fajniejszy. Szkoda, że nie znam więcej pomysłów na szejki z polskich ingrediencji. Wierzę w mój blender ale chyba nie na tyle, żeby zapchać gościa surową marchwią. Jego silnik mógłby odmówić posłuszeństwa. Kaput i już.


Jakby tego było mało, nadal miałam rękę w gipsie. Ostatnie dni to była jakaś totalna męka (bo nie wiedziałam, że po zdjęciu gipsona jest jeszcze gorzej i że ręka będzie połączeniem rodzynki i mumii :( ale Marty w każdy weekend przyjeżdżał i mnie zabawiał.


A ja sama starałam się trzymać pozytywnego myślenia ile tylko wlezie. Bardzo dużo pozytywnego myślenia mimo różnych niepozytywnych wydarzeń.


Co nie było trudne. Jagienka kochana kupiła mi owocową paciaję na zdrowie i sprzątała za nas obie. Najlepsza na świecie.


A moja prawa ręka była taka miła, że kupiła lewej siostrze kwiatki i napisała nawet miły liścik, z życzeniami powrotu do zdrowia.


Póki ręka była na uwięzi, nie pozostawało nic jak cieszyć się z dwóch sprawnych nóg. Więc nogi na podusię i relaks. Ostatnie dni relaksu przed pracą. Trochę się boję wrócić. Czuję się jakbym nigdy nie pracowała :) Wiem, że tam nie ma slowlajf, tam jest tajfunkorpolajf. Aaaaa!!!


Ale ale! W Rossmanie udało mi się trafić na lampkę z promiennikiem podczerwieni. Na przecenie, za 30 zł! Wahałam się czy kupić ale za namową mamy kupiłam. Nie mam czasu na saunę na podczerwień a nadal borykam się z niedoleczonymi zatokami. Taka lampka generuje ciepło i świetnie nadaje się do podleczenia zatok, przy wczesnych stadiach przeziębienia, przy sztywności (np w krzyżu) i ja będę jej jeszcze używać przed okresem dla ogrzania nerek i brzucha (w trakcie okresu już nie wolno). Więc jestem zadowolona z zakupu.


Zaczęłam też znów pić ocet jabłkowy. W ogóle ocet jabłkowy jest mistrzostwem świata ale to będzie osobny post. Ocet będzie Bohaterem Tygodnia :)


Napawałam się ostatnimi spokojnymi, niespiesznymi porankami. Zamiast tej herbaty w pięknej puszce, tak, tej z posta o luksusie i komforcie, kupiłam sobie Yogi Tea. Kosztowała 13zł co i tak jest nie jest małą sumą. To bardzo ziołowe herbaty ale ja umiem pić wszystko. Takie ziołowe właśnie najlepiej działają na mnie rano, zanim w ogóle cokolwiek zjem (no chyba, że piję ocet). I awokado. Awokado wszędzie. Nie wiem co moje ciało chce od niego ale ciągle wysyła mi wiadomość wprost do mózgu "Blum, kup awokadooo".




Prawie codziennie kwitłam w przychodni. Jak nie tarczyca to zatoki jak nie zatoki to ręka. Tyle rtg i usg to dawno nie miałam. Nawiązałam nowe znajomości ze schorowanymi stulatkami, dostałam odleżyn na tyłku od siedzenia w poczekalni i znam wszystkie promocje w Biedrze i innych takich tam. No ale co? Jest SPRAWNOŚĆ? Ano jest. Chirurg był zaskoczony zakresem ruchu w mojej ręce choć jest jeszcze taka słaba, że ledwo kubek mogę podnieść.


Hodowałam też trawę na sok ale nic mi z tego nie wyszło. Nie dość, że mało zielona to jeszcze zdechła.


I... ej... no wcale nie ćwiczyłam malowania jajek przed Wielkanocą. Nie, nie! Testowałam dla Was kolejny patent urodowy! Obszerniejszy post wkrótce!


Zostałam też zobligowana do zaliczenia próby KAPITANA czyli zespołu, w którym gra mój Blondas. Jeśli lubicie gitarowo pankowo to sobie obczajcie bo miło grają.


Jeśli wydawało mi się, że przesiadywanie w zatęchłej kanciapie na próbie i wysłuchiwanie żartów pełnych testosteronu (i męskich dylematów w stylu "o nie, przyjeżdża ukochana, trzeba posprzątać pokój" haha) to jest maks moich powrotów do stanu "mam 16 lat i poluję na chłopca z pasją" byłam w błędzie. Musiałam też przesiadywać na skejtparku bo słońce jest dobre na złamania a poza tym "cały tydzień siedzisz w domu, pospędzajmy czas razem w weekend". Taka rozrywka rozumiecie ;) Na szczęście mam wprawę od siedzenia w poczekalniach. Żadne ławki na skejtparkach mi nie straszne :)


Poza tym nie mogę narzekać bo realizowaliśmy też moje zachcianki. Nawet jak ni mioł chynci. I siedział taki biedny i smutny.



Poza tym jestem najlepszym przykładem, że zmieniają się smaki. Po miesiącu zdrowego jedzenia moje dzisiejsze zakupy wyglądają tak:


Dużo szejków. W szafkach dużo strączków na pasty i dipy. Dużo kasz i brązowego ryżu. Trochę egzotycznych owoców bo trafiłam na fajne przeceny a mango i pomarańcze do smoothies.


Mam też totalną szajbę na punkcie migdałowego parmezanu! No i makaron zawsze spoko!


Dużo się gapiłam w niebieskie oczy i chyba nawet trochę marzyłam o plaży, palmach i oceanie!
A poza tym oczywiście stroiłam miny:



I to by było na tyle w tym rozdaniu! Jeśli macie jakieś pytania odnośnie jedzenia, lamp, octów czy czego jeszcze jak zwykle czekam w komentarzach :)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

ŚWIŃSKI PR.


Jeśli naprawdę myślisz, że te zdjęcia zbyt sterują emocjami i narzucają kontekst pomyśl o wszystkich przysłowiach takich jak "brudny jak świnia", "odwalić komuś świnię" lub po prostu reklamach przemysłu mięsnego.






Często gdy ktoś wciąga mnie w dyskusję na temat roślinnej diety, zanim zdążę w ogóle otworzyć usta, słyszę, że zwierzęta po to są, żeby je jeść. Pamiętam swoje dyskusje z tatą na ten temat, kiedy byłam dzieckiem. Tata przedstawiał mi poświęcenie zwierząt jako jakąś zwierzęcą misję, a nawet coś z czego mogłyby być dumne, jak pies, który cieszy się, że służy człowiekowi. Trochę nieładnie Tato... Strasznie rozpaczałam wtedy, że trzeba jeść krowy. Wiadomo - krowy są śliczne, mają długie rzęsy i piękne oczy. A świnie? Kto by się tam świniami przejmował. Grube, nieładne, o bezosobowym wyrazie pyska. Łatwo je uprzedmiotowić. Z resztą pomaga nam w tym przemysł mięsny. Ileż to mamy wesołych, różowiutkich świnek, kreskówkowych, małych prosiaczków, które same reklamują się jako wędliny i kiełbasy. Całe uśmiechnięte i zadowolone, z tego, że będziemy mogli je zaraz zjeść. Pomyślałam, że fajnie byłoby odczarować ten infantylny PR. Nie wiem na ile świnie znacie, czy często o tym myślicie, czy w ogóle kiedykolwiek o tym myśleliście. Przygotowałam kilka zdjęć i świńskich faktów :) Możecie być bardzo zaskoczeni.

 INTELIGENTY JAK ŚWINIA

Kto by pomyślał, że świnie są najmądrzejsze zwierzęta poza naczelnymi (tak, ludzie i małpy nadal górą). Ciężko uwierzyć, że są mądrzejsze od psów ale tak właśnie jest.

- zdolności poznawcze świń są większe nie tylko niż psów ale też... trzylatków (tak, mówię o ludzkich dzieciach)

- potrafią się bawić (przodują w grach sterowanych joystickiem), w niektórych grach wideo szło im lepiej niż naczelnym - kiedy się nudzą potrafią stać się agresywne

- zaobserwowano, że są zdolne w pewnym sensie do abstrakcyjnego myślenia. Prof Stanley Curtis zaobserwował, że są one zdolne do abstrakcyjnego wyobrażania oraz zapamiętywania ikon, by móc odtworzyć je w późniejszym czasie.

- Mają też świetną pamięć i są w stanie zapamiętać coś i odtworzyć po pewnym czasie. Przedmioty, którymi bawiono się z nimi podczas eksperymentów, świnie pamiętały nawet 3 lata później.

- Już 3 tygodniowe świnki są w stanie zapamiętać swoje imię i zacząć na nie reagować.

CIEKAWOSTKA: W Polsce mamy świnię o imieniu Oliwier, która przechodzi szkolenie dla psów ratowników. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem Oliwier będzie mógł ratować ludzi np spod lawin.

BRUDNY JAK ŚWINIA

Świnie nie pocą się - nie mają gruczołów potowych a kąpiele błotne są ich sposobem by regulować temperaturę organizmu, po prostu chronią je przed przegrzaniem. Jeśli mają wystarczająco dużo miejsca, będą uważały by nie załatwiać się w pobliżu miejsca gdzie jedzą lub śpią.

SPOŁECZNY JAK ŚWINIA?

Świnie są emocjonalne. Lubią pieszczoty i bliskość, są w stanie się od siebie uczyć, wyciągają wnioski ze swoich zachować (raz oszukana świnia spróbuje nie dać się drugi raz przechytrzyć).

ZOBACZ BRZUCHOPIESZCZOTY

- Naukowcy wyróżnili też około 20 dźwięków, którymi świnie porozumiewają się między sobą. Niektóre to nawoływania godowe a inne to proste komunikaty jak "jestem głodny" ;)

- Małe prosiaki przybiegają na zawołanie swoich matek.

- Świnio-mamy śpiewają swoim prosiętom podczas karmienia

- Doktor Mike Mendyl zaobserwował, że świnie umieją sygnalizować swoją siłę i wykorzystać te informacje w celu zminimalizowania jawnej agresji podczas nieporozumień dotyczących porządku w stadzie, dokładnie tak jak wiele naczelnych (w tym ludzi).

- Świnie znane są z tego, że ratują życie innych zwierząt, w tym swoich ludzkich przyjaciół. Według The Daily Telegraph: Pewna kobieta miała świnkę o imieniu Pru i tak opowiedziała swoją historię: Zaczynałam panikować kiedy utknęłam w tym bagnie. Nie wiedziałam zupełnie co robić i myślę, że Pru to wyczuła. Miałam przy sobie linę, której używam jako smycz, zaczepiłam ją o Pru i zaczęłam krzyczeć. Do domu, do domu! i poszła do przodu wyciągając mnie powoli z błota. Odpowiedniki świnki Babe ratowały ludzi i innych swoich towarzyszy, zatrzymywały intruzów, czasami, udawało im się uciec przed rzezią. Świnka Priscilla uratowała przed utonięciem małego chłopca, Spammy doprowadziła strażaków do palącej się zagrody by uratować zaprzyjaźnionego cielaka o imieniu Spot, Lulu, ściągnęła pomoc gdy pewna kobieta miała zawał. Świnka o imieniu Tunia przepędziła intruza, a inna, Mona, trzymała podejrzanego za nogę póki nie przybyła policja.

ZOBACZ MINI ŚWINKĘ JAKO ZWIERZĘ DOMOWE

ZOBACZ PROSIAKA, KTÓRY BAWI SIĘ Z ZAPRZYJAŹNIONYM KOTEM

WYSMAKOWANY JAK ŚWINIA

- Naukowcy z uniwersytetu w Illinois odkryli, że świnie nie tylko mają swoje preferencje co do temperatury, ale również, że same próbują, jeśli mają taką możliwość, na podstawie prób i błędów odkręcić grzanie w zimnym pomieszczeniu oraz zakręcić je, gdy jest im za ciepło.

- Świnie potrafią jeść w elegancki sposób - wolą jeść powoli, smakując pokarm. W przeciwieństwie do np psów, nigdy się nie przejadają.






 


*Zdjęcia nie są moją własnością. Tekst to w głównej mierze edytowany przeze mnie raport Empatii plus dodatkowe informacje jakie znalazłam w internecie. Mam nadzieję, że pozwolił Wam trochę lepiej poznać te stwory, które same nie potrafią się zareklamować piękną buzią i szlachetnym włosiem a z pewnością zasługują na to, żebyśmy spojrzeli na nie świeżym okiem. Znaliście te świńskie fakty?

piątek, 11 kwietnia 2014

CZYM ZASTĄPIĆ JAJKO?



Wielkanoc się zbliża, czeka nas atak jaja pod każdą postacią, więc pomyślałam, że to dobry moment, żeby przypomnieć kilka postów. Jak na przykład ten CO TO JEST TO JAJKO? albo jak zrobić WEGAŃSKI MAJONEZ Z FASOLI czy też JAJECZNICĘ Z TOFU. Do wszystkich tych dań można dodać czarnej soli, która imituje smak i zapach jajek. Znalazłam też w sieci pięknie zrobiony wzór czym można jajka zastąpić. Chętnie rzucę go dalej jako źródło linkując tego bloga - bardzo fajne miejsce dla bezglutenowców.
 


Tak więc zastępując 1 jajko, zależnie od tego do czego go potrzebujemy, możemy użyć:

- 1 łyżka stołowa zmielonego lnu i 3 łyżki wody

- 1 łyżka stołowa zmielonych nasionek chia i 3 łyżki wody

- 1 łyżka stołowa psyllium (błonnik z babki płesznik) i 3 łyżki wody

- 1/2 łyżki stołowej octu jabłkowego i 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

- 1/4 filiżanki rozgniecionego, dojrzałego banana

- 1/4 filiżanki (ok 50ml) musu jabłkowego

- 1/4 filiżanki (ok 50ml) dowolnego musu np z dyni, słodkich ziemniaków itp

- 1/4 filiżanki (ok 50ml) zmiksowanego tofu (ja optowałabym bardziej za takim miękkim kanapkowym lub silken niż za drewnianą polsoją)

- 1/4 filiżanki (ok 50ml)wegańskiego majonezu

- 1/4 filiżanki (ok 50ml) wegańskiego jogurtu

czwartek, 10 kwietnia 2014

UWAGA UKRADZIONO PSA!




Cześć,

Dziś mam niewesołą historię i zwykle się takimi nie dzielę ale ta dotyczy mnie osobiście. Posłuchajcie i pomóżcie mi nagłośnić tę sprawę.

Wczoraj, w Krakowie przy Teatrze Bagatela zobaczyłam psa. Tego na zdjęciach. Cały czarny, w typie cocerspaniela, młody. Biegał totalnie zdezorientowany prawie wpadając pod autobus. To na planty to z plant, jakby kogoś szukał. Po tym jak prawie wpadł pod auto, poprosiłam jakąś dziewczynę o pomoc i postanowiłyśmy gamonia złapać. Udało nam się to. Żadna z nas nie była właścicielką psa, podszedł jeszcze młody mężczyzna z pytaniem czy mamy numer do TOZu. Nie miałyśmy. On powiedział, że zadzwoni i zaczął szukać numeru Toz w telefonie. Tymczasem podbił do nas pan. Dżinsy, polarowa bluza, ok 40 lat. Włosy ciemny blond. Zapytał czy to nasz pies. Powiedziałyśmy, że nie.

Powiedział, że jest z TOZ i widział jak pies prawie wpada pod autobus, przyszedł tu żeby go uratować. Pan nr 1 przestał dzwonić na TOZ skoro jego pracownik już tu był. Pies sprawiał wrażenie, że szuka właściciela i był okropnie zdezorientowany ale ufny. Sprawdziliśmy czy nie ma tatuażu - na uszach nie miał w pachwinie nie patrzyliśmy. Miał czarną obrożę w jakieś wzorki ala azteckie (o ile dobrze ją pamiętam) na której również nie było numerka ani adresu. Pies wyglądał jakby komuś zwiał ze spaceru na plantach.

Pan powiedział, że zawiezie psa na ul Rybną (schronisko). Wszystko wyglądało wiarygodnie. W szoku nie spytałam czy ma jakąś legitymację czy dowód, że z Tozu jest. W tym wszystkim wpadłam tylko na pomysł, żeby zrobić psu zdjęcia i umieścić je na facebooku. Pewnie macie zwierzęta i wiecie jak to by było zgubić członka rodziny. Chciałam pomóc. Pies się wiercił. Zrobiłam dwa zdjęcia, na których niewiele widać. Powiedziałam, że lepiej chyba nie będzie a pan z TOZU uspokajająco powiedział, żebym zrobiła dokładniejszą fotę, że mamy czas i się nie spieszy. Zrobiłam foto pyska, na którym widać też trochę pracownika-nie-pracownika TOZ. Dziewczyna, która pomogła mi psiura złapać nie wiem czy zrobiła foty ale też coś mruknęła, że da info na fejsie.

Pan chwycił psa za obrożę i pod brzuch, uspokajająco szepnął kilka słów, żeby pies się nie bał i poszli. Ja zadowolona wróciłam do domu. Pies był cudny i byłam gotowa wziąć go na tymczas do siebie mimo, że nie mam warunków no ale jak już złapiesz psa, który wpada prawie pod autobus to co? Nie pomożesz? Wierzę, że świat jest dobry a ludzie cudowni.

Przejęta losem zwierzaka umieściłam info na fejsie, wielu z Was je szerowało. Pies zadbany, rasowy, byłam pewna, ze happy end będzie prędki. Właściciele na pewno go szukają. Mój chłopak powiedzial, że jego znajoma widziała tego samego psa jak ok 2 godziny wcześniej sam wskoczył do tramwaju/busa w okolicach Basztowej Lot ale nie udało jej się go złapać bo na następnym przystanku (Bagatela, gdzie znalazłam go ja) zwiał.

Dzwonię do schroniska. Nikt nie przywiózł wczoraj takiego psa. Mówią, że skoro wziął go TOZ może właściciel znalazł się po drodze lub dał zgłoszenie do TOZu i trafił do domu zanim został zwieziony na Rybną. Dzownię do TOZu ale oni nie znają tej sprawy. Co gorsza, opisany przeze mnie pan, u nich nie pracuje. Mają tylko dwóch mężczyzn i żaden nie pasuje do mojego opisu.

Nie chcę rzucać fałszywych oskarżeń ale wygląda na to, że koleś oferując pomoc po prostu ukradł psa! Nie wiem czy jest mi bardziej przykro z powodu psa, z powodu ludzi, którzy go stracili czy wolałabym trzasnąć pana oszusta czy może raczej siebie, że jestem taka naiwna.

CO MOŻNA ZROBIĆ W TAKIEJ SYTUACJI? WIECIE?

Ja wiem, że siła poczty pantoflowej jest wielka. Ktoś gdzieś psa widzial ,komuś uciekł. Jak ktoś zgubi psa żali się wszystkim. Może trafi na mojego bloga. A może czyta go ktoś z jego znajomych. Nie wiem co mogę zrobić ja, po prostu chcę dac takie info. Po pierwsze jako nauczkę, po drugie, pies nie czeka na Rybnej :( A ja nie mogę zgłosić sprawy na policję bo nie jestem właścicielką.

EDIT: Schronisko podało mi informację, że choć pies do nich nie trafił zglosił się pan, że ma psa u siebie i zostawił dane. Tak więc pies najpewniej wróci do swojej rodziny :)

środa, 9 kwietnia 2014

SUPERSIZE ME SALAD. Dla tych co lubią dużo!



Jako królowa nabiału nigdy nie byłam w pełni usatysfakcjonowana wegańskimi sałatkami. Wydawały mi się zimne, zbyt zdrowe i za mało kaloryczne. Brakowało im tego czegoś! Teraz, kiedy jem sałatki w formie lunchu, chcę żeby były pożywne ale też nie mieszam wszystkiego w jedną sałatkę, raczej robię sobie zieloną miskę pełną pyszności. Kluczem do sukcesu jest gęsta pasta/dip, która daje mi to co wcześniej dawała mozarella. Uwielbiam i naprawdę się najadam! Macie ochotę?

POTRZEBUJESZ (1 wielka porcja):

- dwie garście ulubionego mixu sałat (u mnie z rukolą)
- 4 obrane ze skóry i pozbawione nóżek pieczarki
- pół umytej, wypestkowanej i pokrojonej w paski czerwonej papryki
- jednego dojrzałego awokado
- garści ostrych kiełków (u mnie rzeżucha lub kiełki rzodkiewki)
- garści podprażonych na patelni pestek dyni
 - soku z cytryny
- soli
- pieprzu

DODATKOWO:

Ja dodaję ostatnio do wszystkich kanapek i sałatek oraz szejków zmielony sezam. Sezam jest fantastycznym źródłem wapnia. To jeden ze sposobów w jaki staram się ukłonić swojej złamanej kości. Sezam jest zawsze dobry ale żeby skorzystać z jego wartości odżywczych powinien być świeżo zmielony (młynek do kawy lub moździerz).

SOSY:

DIP Z AWOKADO - awokado, cudne dla skóry, bogate w dobre tłuszcze, pełne witaminy E, miksuję blenderem, solę, pieprzę i dodaję odrobinę soku z cytryny. W ten sposób mam dip o konsystencji majonezu, w którym maczam moje papryki.

CZERWONY SOS - to suszone pomidory zmiksowane z płatkami chilli i odrobiną octu balsamicznego i oliwy. Czerwone pesto również świetnie się sprawdzi jeśli dodamy octu i oliwy jednak zazwyczaj takie gotowe nie będzie wegańskie.

Jeśli chodzi o przygotowanie jest banalne. W jednej części miski układam sałatę i pieczarki, posypuję sezamem i skrapiam czerwonym sosem. W drugiej, układam paprykę i obok nakładam dip z awokado.


W ostatnich dniach jem dużo tego typu sałatek więc ich różne modyfikacje będą pojawiać się na MTP. Jestem zachwycona, że w jednym daniu można zjeść tyle warzyw i nasion, tyle wartości odżywczych, co wcześniej nie zdarzało mi się zbyt często. (Dodajcie do tego szejka rano, jakiś owoc luzem w ciągu dnia i lekką kolację - o rany... naprawdę ZDROWO ;)