czwartek, 28 sierpnia 2014

APARAT ORTODONTYCZNY CLEAR ALIGNER - YAY OR NEY?

Zdjęcie pobrałam ze strony tourmedica.pl


Pamiętam jak rok temu miałam pogaduchy z moją siostrą, która pracowała w spa, o tym co Polki uważają za "zadbanie o siebie". Żaliłam się jej na problemy z cerą a jednocześnie nie do końca chciałam przyjąć jej argumentację o słuszności zweryfikowania wydatków pielęgnacja vs kolorówka w stosunku 3:1. Moja siostra z zażenowaniem opowiedziała mi o klientkach odpicowanych w bardzo drogie ciuchy, wydających kupę kasy żeby zakryć to, czego nie chcą pielęgnować. Uznała to za rodzaj powierzchownego dbania o siebie i tak doszłyśmy do wniosku, że jednak "zadbany" znaczy tyle co "zdrowy" i "w formie". W tym roku mam wielkie ciśnienie na to, żeby zadbać o swoje ciało i właśnie nie skupiam się specjalnie na zewnętrzu ale na wnętrzu. Zrobiłam bardzo dużo badań profilaktycznych (w tym od dawna odwlekaną krew) no i przeszłam się też do dentysty. Nie wyobrażam sobie robienia nowych tatuaży, wydawania na zabiegi kosmetyczne czy ubrania, dopóki mam popsute zęby. W ogóle kiepskie zęby są zmorą Polaków. Szczęśliwie moje zawsze były dobre. W stałych miałam dotychczas tylko jeden mały ubytek. Na ostatniej kontroli byłam kilka lat temu (no wiem, siara) i dentysta nie mógł przestać chwalić tych zębów. Zalecił jednak aparat ortodontyczny, bo mam małą szczękę, bo rosną ósemki, które tylko spotęgują tłok, bo zdrowiej - łatwiej doczyścić przestrzenie międzyzębowe a przy takim tłoku może być z tym problem, no i bo ładniej - i tu uśmiechnął się do mnie swoim równym jak proteza i śnieżnobiałym uśmiechem. Spytałam o cenę i różne konkrety. O plusy i minusy. I obiecałam się zastanowić. Ale oczywiście nigdy nie wróciłam.

Jeśli kiedykolwiek myślałyście o założeniu aparatu na zęby - pewnie wiecie dlaczego. Ból to jedno, cena to drugie. Ale tak naprawdę przeszkodą jest wygląd. Jako dziecko miałam bardzo krzywe zęby ale moi rodzice nie chcieli się zgodzić na wyrywanie zdrowych, żeby założyć aparat. Nosiłam więc taki wyjmowany, ruchomy aparat. W praktyce - tylko z nim spałam - jak to dziecko. Trochę wyprostował mi zęby ale przez jego rzadkie użytkowanie, nadal są krzywe. Pewnie dałabym temu spokój, zęby krzywe raz mi przeszkadzają to znów uważam, że są urocze i charakterystyczne. No przynajmniej aż do ostatniej wizyty u dentysty. Klątwa opalonego poprzednika z holiwoodzkim uśmiechem chyba mnie dopadła. A wraz z klątwą borowanko. Kolejny dent wspomniał o aparacie na zęby.

Ale czuję się stara na druciany aparat. Przeraża mnie myśl o takiej modyfikacji ciała założonej na dwa lata. Srebrne zamki aparatu nie komponują się w mojej wyobraźni jakoś najlepiej z czerwoną szminką. Zaczęłam szukać alternatyw. Są oczywiście aparaty z zamkami w kolorze zębów. Ale te ponoć żółkną szybko pod wpływem kawy, herbaty i wina. Czyli jest szansa, że po pół roku wyglądałabym jak Czesio. Szukam dalej, są aparaty z łukiem zakładanym od wewnątrz. W sumie pomysł jest super tyle, że te aparaty kosztują majątek i mogą powodować problemy z czyszczeniem zębów. Aż w końcu trafiłam na urodowe blogerki zachwalające całkiem inne aparaty ortodontyczne. Nazywa się taki wynalazek Clear Aligner i nie jest mocowany na stałe! Co wydaje mi się być jego wielką zaletą. nosimy go 24h na dobę ale nie należy w nim jeść. No i można go w każdej chwili zdjąć (co wydaje mi się ważne kiedy np mamy publiczne wystąpienie albo inna sytuację, w której normalny aparat mógłby być niekomfortowy). Metoda ta jest też ponoć szybsza od klasycznych aparatów na zęby no i nie ma drucika utrzymującego nowy układ zgryzu (nie wiem czemu ten drucik mnie tak przeraża na stałe, ale czuję przed nim jakiś wewnętrzny opór). Są tylko retencyjne wkładki, które nosi się na noc po zakończeniu leczenia (nie do końca życia rzecz jasna).

Na trop tego cudna wpadłam na vlogu Azjatyckiego Cukru i podzielam jej obawy odnośnie klasycznych aparatów jak i zafrapowały mnie zalety tego Clear Aligner.

W Polsce nie jest to chyba jeszcze bardzo popularna metoda ale z zainteresowaniem zaglądam na wizażowy wątek dotyczący CA. Znalazłam też przykładowe ceny aparatów ortodontycznych (bazowałam na info ze strony tourmedica.pl):

  • 600 zł za jeden łuk zębowy (3 nakładki) + 200 zł set-up - Krawdent w Rzeszowie
  • 650 zł za jeden łuk zębowy (3 nakładki) – gabinet Wident w Bydgoszczy
  • 750 zł za jeden łuk zębowy (3 nakładki) – Royal Dental w Rybniku
  • od 800 zł za jeden łuk zębowy – Bielańska Galeria Uśmiechu w Warszawie
No i na koniec pytanie do Was. Miałyście jakąś styczność z tym aparatem? Polecacie? Jak oceniacie efekty? Czy stosowanie tego aparatu jest wygodne? Prostujecie zęby czy zostawiacie je w świętym spokoju?

wtorek, 26 sierpnia 2014

JAK ZDOBYĆ PIENIĄDZE NA KONKRETNY CEL?

źródło zdjęcia: pinterest

Chciałabym podsunąć Wam pomysł jak można zebrać pieniądze na dowolny cel (no... powiedzmy, o ile nie zbierasz na jacht lub odrzutowiec;). Może to być zbiórka charytatywna, może być Twój własny cel, na który potrzebujesz jakiejś sumy. Z pewnością wiesz jak wkurzające jest proszenie o datek. Nie wiem czemu tak bardzo nas irytuje ale zazwyczaj budzi podobne emocje co natrętne spamowanie. Niezależnie od tego czy prosi nas żul pod budką z piwem czy piąty raz koleżanka przypomina o "drobnej zrzucie na imieniny Kryśki" po prostu stojąc pod przymusem przez głowę często przelatuje NIE.

Do napisania tego posta zainspirowała mnie pewna inicjatywa w mojej firmie. Było to już rok temu i miałam sprzedać Wam ten patent ale jak wiele (zbyt wiele!) tematów na posta, umknął mi gdzieś w codzienności. Przypomniałam sobie o nim dopiero teraz, za sprawą kolegi mojego chłopaka i moich ostatnich rozmyślań nad przekonaniami dotyczącymi pieniędzy. No ale żeby skrócić, przejdę od razu do meritum.

IDEALNYM SPOSOBEM NA POPROSZENIE O PIENIĄDZE JEST WYTWORZENIE CZEGOŚ WARTOŚCIOWEGO DLA INNYCH, CO WZBUDZI W NICH POZYTYWNE EMOCJE.

Nie mówimy teraz o marketingu ani o pracy. Chodzi raczej o mały gest, który sprawia, że wszyscy są w upragnionej sytuacji win-win. Chce podac Wam dwa przykłady takiego działania.

COME TO THE DARK SIDE. WE'VE GOT COOKIES!

Ostatnio był post o zdrowym jedzeniu do pracy to dziś będzie o odpowiedzi na tę potrzebę. Jeśli pracujesz w biurze, pewnie i u Ciebie bywa Pan Kanapka ze swoimi drogimi, bezwartościowymi, niesmacznymi bułami, na które rzucają się wszyscy, którzy wolą pospać niż przygotowywać sobie śniadanie do pracy. Po standardowych zbiórkach na schronisko, dzieci, szlachetnej paczce itp, wszyscy poczuli się wyczerpani. Ileż można zasilać niekończące się okazje drobnymi datkami? Drobne z naszych portfeli wędrowały zazwyczaj do batomatu, kawomatu lub innych "matów".

Do czasu aż... nie znaleźli się wśród nas wolontariusze, którzy postanowili przygotowywać jedzenie za datek. Jednego dnia ktoś upiekł blachę ciasta, innego ktoś muffiny, potem była tarta, później pyszne kanapki ze świeżymi warzywami. Wszystkie te pyszności stały koło ekspresu do kawy a obok była puszka. Kawałek czegokolwiek kosztował dwa złote. Przyznaj szczerze, upieczenie blachy ciasta nie jest bardzo drogie, można to zrobić, tak samo kilka kanapek. Ten sposób stał się takim hitem, że rano wszyscy co sił pędzili pod kawomat, zeby zobaczyć "co dziś serwują". Nikt nie pilnował puszki a jednak każdy wrzucał te 2 zł. Przez kilka tygodni zebraliśmy ponad tysiąc złotych (a może nawet sporo więcej, nie pamiętam dokładnie). Wszyscy byli zadowoleni bo mogli przegryźć coś pysznego, dużo lepszego niż batonik z automatu a jednocześnie bez wyrzutów sumienia bo przecież pieniądze szły na szczytny cel.

Pomyślałam sobie, że to fantastyczny sposób na zaktywowanie ludzi do pomocy finansowej jeśli zbiera się na konkretną akcję. Nie jest powiedziane, że jeśli zbierasz na rower - ludzie Ci nie pomogą. W końu kto oprze się ciastkom? ;)

ZRÓB COŚ NA CZYM WSZYSTKIM ZALEŻY ALE NIKOMU NIE CHCE SIĘ TEGO ORGANIZOWAĆ

Drugi przykład dotyczy wspomnianego kolegi Surfera. Tenże jest zapalonym rowerzystą. Ma totalnie niekorporacyjne wartości, pracuje jako kurier i z tego co rozumiem, nie zarabia zawrotnych pieniędzy a ostatnio dostał mandat opiewający na kilka stówek. Ponieważ jest pasjonatem szybkiej jazdy na rowerze i zazwyczaj organizuje jakieś wyścigi, tym razem postanowił zbierać symboliczne wpisowe, które ma pokryć jego niespodziewany wydatek, nomen omen spowodowany szybką jazdą na rowerze. Pewnie gdyby chciał zrobić zrzutę na swój mandat niezbyt wiele osób chciałoby pomóc. A jednak nikt nie ma nic przeciwko wpisowemu z okazji zawodów rowerowych. znów win-win.


Mam nadzieję, że któryś z tych sposobów może być dla Ciebie pomocny. Nieważne czy organizujesz pomoc dla miejscowego domu dziecka czy zbierasz na hulajnogę. Jeśli dasz innym coś małego i pozytywne emocje - chętnie Ci pomogą!

P.S Jeśli nakarmisz ich wegańskimi smakołykami to już będzie tripple winwinwin :) nie dość, ze pozyskasz środki, nie dość, że będą zadowoleni to już nigdy nie będą mogli spytać "co właściwie tam sobie jesz". Nie mówcie nikomu, że podpowiedział mi to Szatan.



sobota, 23 sierpnia 2014

#1 ZDROWY LUNCHBOX: FASOLKA



Mogę nie sprzątać, mogę nie dosypiać ale moim priorytetem jest ugotowanie sobie posiłku do pracy. Naprawdę staram się nie korzystać z firm cateringowych ani kupnych kanapek. Ciężko jest zadbać o zdrowie i linię w miejscu pracy. Nie chodzi już nawet o piękno sylwetki - praca biurowa niszczy ciało. Amen. Najpierw trzeba do niej dotrzeć - a większość dociera samochodem. Potem siedzimy długie godziny zgarbieni przed komputerem, pobudzamy się kawą, relaksujemy na papierosie, dostarczamy gwałtownych skoków cukru batonem. "Domowe" jedzenie dostarczane do biur to zwykle przesolone, smażone mięso z mizerną surówką lub w wersji wege jakieś rozgotowane kluchy w stylu kopytek, pierogów czy innych naleśników. W wersji wegańskiej: nada! Podsumowując: nadmiar rafinowanego pożywienia, nadmiar soli i cukru, kofeiny, tłuszczu, brak ruchu, siedzący tryb życia i stres. Bang! Żeby zminimalizować szkody, dobrze jest przygotować sobie posiłek w domu. Ja lubię proste, łatwe do przewiezienia (rowerem lub mpk więc niechętnie zupy) i najczęściej jednogarnkowe lub dwugarnkowe. Szybkie i sycące. Dziś proponuję Wam pierwszy "zdrowy lunchbox". Robi się szybko i jest smaczne. Poza pracowymi posiłkami jest fajną alternatywą dla osób, które nie przepadają za zwykłą, nudna fasolką szparagową z wody i polaną bułka tartą.

FASOLKA W POMIDORACH Z TOFU
jest źródłem białka, serwuję ją solo ale możesz podać z brązowym ryżem

500g fasolki szparagowej

4 pomidory - umyte i pokrojone w kostkę
lub puszka pomidorów w puszce

1 opakowanie tofu - osuszone i pokrojone w kostkę

ząbek czosnku - wyciśnięty praską

olej do smażenia

kawałek imbiru - rozgnieciony w moździerzu

sól

kurkuma - 1 łyżeczka

chilli w proszku

PRZEPIS:

  1. Fasolkę szparagową kroimy w razie potrzby w kawałki długości kciuka i gotujemy na parze (powinna być lekko twarda).
  2. Na oliwie podsmażamy imbir, czosnek oraz przyprawy.
  3. Dodajemy pomidory i tofu. Smażymy aż połączą się z przyprawami.
  4. Dodajemy fasolkę, dobrze mieszamy i smażymy całość jeszcze ok 2-3 minut.
Całość możemy dla ozdoby posypać sezamem (ja użyłam białego i czarnego). Można nie dodawać tofu i traktować fasolkę jako dodatek do dania. Wszystko jedno czy fasolka jest żółta czy zielona.

środa, 20 sierpnia 2014

UWAGA! DZIEWCZYNY PRZEJMUJĄ POKŁAD!

Tumblr

Traktujecie mnie jak przyjaciółkę, i tak w ogóle, no... jesteście łaskawe. Więc dziś ja też chcę napisać do Was jak do przyjaciółek. Chcę podziękować Wam, opowiedzieć historię i poprosić o przyjacielską (życzliwą ale szczerą) radę. Jeśli nie chce Ci się czytać, pliska przejdź do rady, bo naprawdę jej potrzebuję!

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję Wam nie tylko za to, że jesteście i czytacie ale przede wszystkim za to, że jesteście aktywnie. Za to, że macie odwagę dzielić się swoimi historiami i punktem widzenia w komentarzach. Za to, co robicie, kiedy uda nam się spotkać - za ciepłe słowa, za opowieści. Za wasze maile, pozytywne komentarze i lajki. Słowem - za wsparcie. Za to że szerujecie moje treści i opowiadacie o moim blogu koleżankom a często i mamom. Tak naprawdę Wasza obecność i Wasz poziom napędzają mnie do prowadzenia tego miejsca. Im więcej zwrotnych informacji tym więcej chce mi się pisać, radzić, dzielić się, polecać. Jestem dumna z tego, że nie muszę moderować komentarzy. Po prostu przez tyle lat, tych negatywnych pojawiło się bardzo niewiele a takich naprawdę chamskich i bolesnych - prawie wcale. To dla mnie szczególnie ważne, bo jestem czującą istotą i dzielę się kawałem swojego życia i prywatności, nie po to jednak, żeby poddać je ocenie ale żeby poprzez analizę własnych sytuacji podzielić się rozwiązaniami, które znajduję dla swoich problemów i dodać mocy tym, które są w podobnej sytuacji oraz nauczyć się wiele od tych, które już je przeszły.

Dziękuję, że jesteście. Wasza obecność i wsparcie są dla mnie wielką wartością.

OSOBISTA HISTORIA O LUBIENIU KOBIET

Pod TYM postem zostałam zapytana:

Jak wyglądają Twoje stosunki z kobietami? Mam na myśli zwykłe relacje. Pytam, bo ja np. jestem dość zblokowana na kobiety, podczas gdy nie mam żadnego problemu z nawiązywaniem relacji z mężczyznami. Zastanawiałaś się kiedyś nad tym? Jestem ciekawa co o tym sądzisz. Czy relacje z kobietami dużo Ci dają? Czy zawsze tak było, czy może musiałaś do nich dojrzeć?
Tak jak mówię, interesuje mnie zwykły kontakt, w ogóle poza jakimkolwiek kontekstem seksualnym. Czy czerpiesz siłę z takich relacji? Co sądzisz o osobach, które mają z tym problem (o przyczynach takiego stanu rzeczy)?


I odpisałam, że chciałabym napisać o tym w poście a nie w komentarzu bo rzecz nie jest taka prosta.

Jestem typem córki rozbójnika. Chyba zawsze byłam. Nie tylko moi znajomi są zaskoczeni, że robię teraz w "próżnej branży". Jako dziewczynka kompletnie nie przykładałam uwagi do swojego ubioru. Mama ubierała mnie często w rzeczy po kuzynie, których szczerze nienawidziłam, ale były przynajmniej wygodne. Podczas kiedy moja młodsza siostra uwielbiała falujące, piękne sukienki, ja budowałam w krzakach bazy, karmiłam kolegów zupami z piasku i obijałam tyłek na rowerze. Miałam fazę na "kocham zwierzęta" i bawiłam się w Kapitana Planetę. Na podwórku byłam samotna, miałam tylko dwie koleżanki i siostrę (mieszkałam w dzielnicy starych ludzi i zarośli) i całe dnie spędzałyśmy na świeżym powietrzu, pedałując co tchu, rysując mapy okolicy na faksowym papierze tatusia i bawiąc się z moim psem. I pies i ja mieliśmy wtedy dużo wolności. Chodziłam na balet, miałam koleżanki, uwielbiałam książki ale niewiele było we mnie z różowej księżniczki. Równie chętnie bawiłam się lalkami Barbie jak i pistoletem kuzyna czy piłką do kosza.

Kiedy podrosłam i pewne wydarzenia w moim życiu poukładały się tak, że się zbuntowałam, miałam z laskami duży problem. Ogólnie nastolatki są niesamowicie egzaltowane i upierdliwe a ja byłam chyba top of the tops jednego i drugiego. Byłam bezczelną, wyszczekaną siksą, niezbyt empatyczną i z różnymi problemami (o których może kiedyś opowiem). Jeśli chodzi o mój bunt uważam, że to był bardzo ważny okres w moim życiu. Nigdy chyba nie byłam tak przerażona ale i taka dzielna jak wtedy. Walczyłam o siebie kłami i pazurami. Podejmowałam ważne ideologiczne decyzje. Wszyscy dookoła uważali, że z tego wyrosnę ale szczęśliwie pracowałam bardzo nad swoimi słabymi stronami ale pilnowałam tego co mi się wtedy w głowie wykluło i nie wyrosłam ze swoich fundamentalnych wartości. Musicie jednak wiedzieć, że byłam bardzo daleka od kochania siebie, swojego ciała, swojego życia, swojej głowy i tym samym od kochania innych kobiet.

Z jednej strony ukochałam sobie superbohaterki. Z drugiej strony mój bunt, choć odbierałam go wtedy jako feministyczny, był totalnie antyfeministyczny. Ubierałam się najgorzej jak tylko mogłam, odejmowałam sobie seksualności, gardziłam wszystkim co babskie (no może byłam na tyle mądra, żeby wiedzieć, że różowy jest w dechę! ;) i myśląc, że mówię o równości, głośno awanturowałam się, żeby mieć prawo robić wszystko tak, jak robią to chłopcy.

Siedziałam jak chłopak - "o nie złociutki, ty wietrzysz ptaszka zajmując dwa siedzenia w autobusie ale ja mam być damą? Fakof!", plułam na chodnik "spierdalaj, ze swoim nie wypada", piłam tyle ile zdołałam (mówiąc szczerze, często więcej niż byłam w stanie), przeklinałam "takiej ładnej dziewczynce nie wypada", miałam ogoloną do skóry głowę "zapuść włosy, szkoda takiej ładnej buzi" i tak dalej i tak dalej. Ten bunt dał mi bardzo dużo swobody i odwagi. Niestety zabrakło mi mądrego wzorca. Kobiety silnej, niezależnej i pięknej ale na SWOICH, KOBIECYCH ZASADACH. Gdybym mogła dać radę nastoletniej sobie powiedziałabym "B. to, że nie chcesz być traktowana gorzej niż chłopcy, nie znaczy, że masz być traktowana IDENTYCZNIE. Kobiety i mężczyźni różnią się od siebie a równość polega na równych szansach i równym prawie do realizowania swoich potrzeb. Możesz mieć wszystko ale nie musisz grać na męskich zasadach, nie musisz wyrzekać się kobiecości. Kobiecość nie jest słaba".

No ale nikt mi tego nie powiedział. Nikt mi nie powiedział, że mogę mieć radość z damskich fatałaszków i dupereli i nie muszę się hejtować za to, że jestem próżna. Nie muszę z pogardą mówić "ja to w ogóle nie lubię kobiet, o wiele lepiej dogaduję się z facetami". Nikt mi nie powiedział, że z kobietami nie muszę rywalizować. Mama wręcz uczyła mnie, że w życiu są koleżanki ale nie ma przyjaciółek bo kobiety zdradzają.

Jako nastolatka miałam jedną przyjaciółkę, jednak była ona bardziej człowiekiem niż kobietą. Wychowywali mnie chłopcy. Byłam dla nich trochę młodszą siostrą, trochę księżniczką a trochę świętą panienką. Ze mną pili i chuliganili. Ze mną łazili na koncerty. Byłam jedyną pełnoprawną członkinią naszej bandy. Reszta dziewczyn była jedynie dziewczynami kumpli - i ja dawałam im to bardzo odczuć. Chłopcy odprowadzali mnie do domu po koncertach, stawiali mi piwo, wysłuchiwali moich zwierzeń i zawsze dla mnie byli. Trochę się we mnie kochali, trochę mnie chronili, trochę przychodzili do mnie po radę. Wiadomo, nie gada się z kumplami o problemach łóżkowych czy złamanych sercach a ze mną było można. Uwielbiałam być królową tej bandy. Nawet na boksie tajskim, na który wtedy chodziłam, moich dwóch kumpli traktowało mnie z pobłażliwością ale dużym szacunkiem, totalnie jak młodsza siostrę. W tamtym czasie bardzo nie lubiłam innych kobiet. Wydawały mi się infantylne, durne, przesłodzone, próżne, nudne. Byłam dla nich koszmarną suką.

Dość szybko los pokarał mnie i karma powróciła. Zbiegiem okoliczności, zamiast mieszkać u kumpla w Warszawie, przestałam dość szybko liczyć na pewnego Warszawiaka, dla którego wróciłam z Anglii i postawiłam na Łodziaka i Kraków. Zachęciła mnie do tego Anna. Jakoś uwierzyłam Annie. Potem trafiłam do szkoły związanej z modą więc sami geje i laski. Nie było wcale strasznie, poznałam kilka fajnych dziewczyn. Jedna z nich nie lubiła lasek równie mocno co ja. Od razu się dogadałyśmy zakładając lożę szyderców. Z przerażeniem odkryłam, że odkąd mam faceta i nie mam przy sobie chłopców, z którymi się wychowywałam, każdy kolejny facet, chce randkować, a jak dostaje kosza, nie ma ochoty na dalszą znajomość. Ci zajęci (nie chcieliby randkować) nie byli w ogóle zainteresowani przyjaźnią z dziewczyną. Zostałam na lodzie. Zostałam bez kumpli. Poniosłam kilka prób zakumplowania się, jednak z męskiej strony zawsze chodziło o coś więcej. Trafiłam na jogę do bardzo charyzmatycznej Justyny Stoszek. Nie wszyscy Justynę lubią, jest bardzo mocną osobowością ale mi bardzo się spodobała. To kobieta mocna i silna ale właśnie kobieca w pełni. Gdybym miała opisać Justynę powiedziałabym "intuicja, sny, wilki, mech, piasek, gwiazdy, trawa, seks, sen, sierść". To taka dzika kobieta, rozumiecie? Na jodze? Prawie same kobiety. Zaczęłam pisać w... kobiecej (a jakże!) grupie pisarskiej. no i po prostu w kobiety wsiąkłam. Potem jeszcze były Latające Kręgi organizowane przez Agatę Dutkowską. Ta to dopiero umie wykreować wokół siebie energię! Zaczęłam spotykać kobiety mądre. Inteligentne. Czułe. Delikatne. Stanowcze. Ostre. Im bardziej wchodziłam na ścieżkę samorozwoju, tym lepiej rozróżniałam fajne kobiety od niefajnych. Niefajne kobiety spotykałam przy innych okazjach. Często były krytyczne, zrzędzące, apodyktyczne albo płaczliwe i bezradne. Jednak szala tych mądrych, ciepłych i fajnych kobiet przeważyła. To właśnie od nich nauczyłam się jak zajmować się swoim ciałem, jak machać ręką na problemy z facetami, to one pomogły mi w trudnych chwilach. Aha... w pracy też mam same kobiety, wspominałam? ;) Od kobiet dostaję to, czego od mężczyzn nigdy nie dostanę. Są jak siostry i jak matki. Pokazują mi drogę bo same nią szły. Choćby ostatni Latający Dywan, ich doświadczenia, ich przeżycia, ich słowa otuchy dla mnie. Jest takie miejsce gdzie faceci nie mają dostępu. Kobiece rozmowy o ich ciałach, dzieciach, marzeniach, mężczyznach, żarty z seksu, jest w kobiecym gronie coś, czego faceci nigdy nam nie dadzą. Oczywiście, mężczyźni dadzą nam to, czego nie dadzą kobiety - i strasznie za facetami tęsknię. Musi być równowaga.

Patrząc na siebie mogę wysnuć tezę, że z kobietami ma się problem, kiedy problem ma się z kobietą w sobie. Kiedy problem ma się ze swoją mamą bardziej niż z ojcem. Kiedy jest się córeczką tatusia. Kiedy bardziej zależy Ci na aprobacie mężczyzn niż kobiet. Zakładając, że w każdym z nas jest i mężczyzna i kobieta, bardzo niekorzystne dla Ciebie jest, żebyś będąc kobietą, kobietę w sobie lekceważyła i nie trzymała z nią sztamy. Nie ma nic gorszego w ustach kobiety niż tekst "ja to kobiet nie lubię, lepiej dogaduję się z facetami, od zawsze jestem w męskim gronie". Serio? Wbij się w garnitur i wsadź cygaro w zęby a potem nie zapomnij o polowaniu i whisky w salonie pełnym książek. Fujfuj! Warto odnaleźć kobietę w sobie i pogodzić się z nią. Poznać ją i zintegrować męską i żeńską część siebie.

Tak wiem, to nie jest łatwe. A jednak jak masz zdobywać świat, nie imituj facetów! Zrób to po swojemu. Nie udając, że po drodze nie urodzisz dzieci, że nie masz okresu, cyklu hormonalnego, że nie jesteś zmysłową istotą. Facet w nas, ten kolo, też jest ważny. Ok, niektórym laskom brakuje chyba włączenia w siebie tych męskich cech. A jest z czego korzystać. Bo będąc kobietami możemy być konkretne, asertywne, skupione na swoich celach, ekspansywne, zdecydowane, silne. Ideałem jednak jest połączyć w sobie i panią facetkę i pana faceta. Wtedy jest szansa, że inne kobiety przestaną nas drażnić. Ba! Zaczniemy je lubić! Zaczniemy się od nich uczyć i od nich brać. A one mają co dać!

P.S A ja teraz jadę ultrabonusem i kiedy opanowałam już wersję basic, cisnę z wersją z dodatkiem związkowym. Otóż jak lubię siebie silną i konkretną tak okazało się, że nie do końca się da być zimną sekutnicą a wymagać od faceta, żeby był jeszcze silniejszy i mądrzejszy i bardziej opiekuńczy. Jak kiedyś nienawidziłam kobiet i musiałam się nauczyć, tak teraz mam dreszcze i wysypkę, i uczę się hierarchii w związku. I tego, że nie mogę być wyżej a potem wymagać ochrony i otulenia. I że albo rybki albo pipki. I że związek z mężczyzną prawdopodobnie jest dla mnie miejscem gdzie mogę być miękka, bezbronna i taka, że jak o tym myślę to mam sama sobie ochotę dać liścia bo takiej siebie jeszcze nie akceptuję poza "czterema ścianami mojej własnej skóry".



 DZIEWCZYNY PRZEJMUJĄ POKŁAD! PROŚBA!

Tumblr

Na samym początku mój blog miał być anonimowy i tylko kulinarny. Suche przepisy, suche fakty. Ale że kocham pisać, zaczęłam pisać. A potem były zdjęcia. A potem były inne tematy niż kulinarne. A teraz... mój kulinarny, anonimowy blog dla wszystkich, stał się bardzo kobiecym blogiem, który dużo tematów porusza z kobiecej perspektywy. Walczyłam z tym, zmuszałam się do pisania o jedzeniu częściej niż bym chciała, starałam się wrzucać też treści dla facetów a jednak... ciągnie wilka do lasu. Chcę pisać dla kobiet. Chcę zamienić ten blog w miejsce kobiecego powera. Siły, która pomaga rozwinąć skrzydła. Dlatego bo mam niedosyt takich miejsc a jednocześnie bo w moim życiu są kobiety, które mi to dają. A ja chcę dawać to dalej. Bałam się tego, że będę odebrana jako banalna albo natchniona. Ale chyba nie mogę ukrywać, że w stronę rozwoju osobistego ciągnie mnie najmocniej. Chcę żeby to miejsce było totalnie moje, jeszcze bardziej lajfstajlowe, choć startowałam spod bandery "kocham zwierzęta i jeść trawę". Nie przestanę dla Was gotować. Nie przestanę pisać o ekologii, przyrodzie, weganizmie. A jednak na blogu szykują się duże zmiany. Łącząc podziękowania z prośbą o radę:

PISZĘ DLA WAS. CIESZY MNIE, ŻE JESTEŚCIE. CZY DAJECIE MI ZIELONE ŚWIATŁO DLA TEJ ZMIANY? CZY ONA JEST WAM NA RĘKĘ? 

Co bierzecie ode mnie? Od  MTP? Czy moja droga krzyżuje się jakoś z Waszymi?

Dajcie znać. Nie bądźcie flądry!

Z morskim pozdrowieniem

B.

wtorek, 19 sierpnia 2014

CELEBRUJ! czyli ŻYCIOWY DOBROSTAN ZA FREE.



Dobre życie. Zamknij oczy i powiedz to sobie w myślach albo głośno. Powolutku. DOBRE ŻYCIE. Kropka.

Co się pojawia? Większość z nas ma to "ah, żeby tak odeszły troski dnia codziennego". Niezapłacone rachunki, raty kredytu, problemy rodzinne czy zdrowotne. Błahe rzeczy do załatwienia, które skumulowane, uwierają. No dobrze. A teraz wdech i... jeszcze raz...

DOBRE ŻYCIE.

Bardzo często wydaje się nam, że żeby żyć dobrze trzeba mieć dużo pieniędzy. Myślę, że pieniądze mało kiedy przeszkadzają. Dobrze jest mieć pieniądze. Ale pieniądze nie kupują automatycznie dobrego życia. Radość - kupuje. Ludzie mają różne temperamenty - niektórzy są w stanie ignorować złe wiadomości. Ja do nich nie należę. Dlatego złych wiadomości unikam lub ciężko pracuję nad swoim pozytywnym nastawieniem. Dopiero kiedy obezwładnię lęki, czuję się czysta, nie umiem puścić ich bokiem - jeśli Ty umiesz, tym lepiej dla Ciebie. Napracujesz się zdecydowanie mniej niż ja :) Ale dalej, to, że nie stresujesz się i nie uprawiasz czarnowidztwa, nie oznacza jeszcze, że żyjesz dobrze. Dobre życie to radość a radość można wyćwiczyć. Trzeba nauczyć się dostrzegać. Jeśli interesują Was moje sposoby, powiadomcie mnie, a zapiszę temat "do rozwinięcia" w moim czerwonym kajecie. Tymczasem jednak, chce pogadać o CELEBROWANIU.

A najpierw - o zabawie. Jak się bawicie? Pytam serio. Wiele osób bawi się jedząc lub przy alkoholu/dragach. Wliczam tu wszystko, grilla ze znajomymi, winko z przyjaciółkami czy dwudniową imprezę. Nie pytam o to jak wypoczywacie. Nie pytam dziś o książki ani o leżenie pod kocykiem z kotem i herbatką. Pamiętasz jak bawiłaś się, kiedy byłaś dzieckiem? Prawdopodobnie bardzo dużo się ruszałaś (i jeśli znalazłaś w dorosłym życiu sport, który kochasz, potrafisz się bawić nadal) albo wchodziłaś w role. Cokolwiek byś nie robiła - robiłaś to z pełnym zaangażowaniem i aktywnie uczestnicząc. Jasne, oglądało się bajki i słuchało rodziców, którzy czytali książkę - ale to nie była zabawa, prawda? Wiele z nas tęskni za dzieciństwem a nie zdajemy sobie sprawy, że spełniając kryteria dziecięcej zabawy, ale już przekładając je na coś "w dorosłych butach" mogłoby prawdziwie wypocząć i w dodatku zakotwiczyć sobie taki moment w pamięci. Obiecuję, że jeśli będziesz bawić się tak jak za dzieciaka - czas nie będzie przelatywał Ci przez palce.

CELEBRUJ

Dla mnie, elementem Dobrego Życia jest jego celebracja. Niezależnie czy są to małe rytuały (codziennie przed snem czytam ulubioną gazetę) czy większe "zabawy". Ilekroć marzymy o okazjach, które nigdy nie nadchodzą. Chciałabym być na romantycznej randce (pal licho, może nawet z mężem, którego mam od X czasu - a może właśnie przede wszystkim z nim?) chciałabym założyć te cholerne szpilki, które kupiłam a lezą w szafie bo jednak wygodniej na płaskim, chciałabym pokombinować z makijażem, chciałabym podyskutować o książkach i filozofii ale koleżanki tylko o lakierach, mamo, mamoooo ratuuuj! Jaka rada? ZRÓB TO. Jednym z sekretów fajnego życia, życia, które dobrze czuć od wewnątrz, a nie takiego, które wygląda dobrze tylko na insta jest robienie fajnych rzeczy z fajnymi ludźmi a nie zapisywanie inspirujących zdjęć "na świętego nigdy".

Chcę dać Wam przykłady takiej celebracji, dla mnie były one niezmiernie przyjemne. Wszystkie były relatywnie tanie. Każdy jeden sprawił, że czułam się szczęściarą większa niż Kim Kardashian kiedy oświadczył jej się Kanye West (bo chyba się oświadczył, prawda?).

1 JA



Celebruję się na różne sposoby. Czasem na przykład zabieram się na randki. Zabieranie się na randki daje tyle samo dobrego co masturbacja. Upsi! Mam na myśli fakt, że uczymy się swoich potrzeb. Jak znam swoje potrzeby i uczę się ich zaspokajać, mogę potem powiedzieć innym. A jak inny się nie domyśla, mogę sprawić sobie radość sama. Zabieram się na różne randki ale na ostatniej byłam w restauracji. Zamówiłam sobie pyszne, wegetariańskie sushi. Był to luksus bo ok, sushi nie jest tanie, ale wydatek nie przekroczył tez dwóch piwek na mieście poza tym... randka! Chciałam zrobić na sobie jak najlepsze wrażenie ;) Poszłam do restauracji sama, wyciszyłam telefon, odłożyłam wszystkie bambetle i bardzo powoli i z namaszczeniem zjadłam swoją porcję. Było mi absolutnie dobrze!

Innego dnia, spakowałam ulubioną gazetę, koc i pojechałam sama wylegiwać się nad Wisłą. Jechałam rowerem, nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Pobyłam sobie sama, zjadłam pyszną kanapkę, która zrobiłam sobie w domu i było mi bardzo miło.

2 INNI



A tak, randkuję też z innymi. Czasem wrzucam temat Surferowi i robimy randkę tematyczną. To jest proste. Mówię mu "kochanie, chciałabym ubrać się dziś elegancko. I chcę żebyś też się ubrał elegancko. I idziemy na randkę" i to działa i jest świetne. Chodzę też na randki z przyjaciółką. Mówimy sobie np "dziś śniadanie francuskie" i z tej okazji zabawiamy się w Paryżanki. Albo "jest zima i idziemy na grzane wino, zakładaj grube kolanówki, żadnych knajp, tylko spacer po Rynku". Albo "wyjeżdżamy do Lanckorony, jesteśmy hippiskami". Całe się przebieramy od stóp do głów, łazimy po jakiś chaszczach, obżeramy się pierogami, snujemy opowieści o tym jak będziemy żyć z lepienia garnków a nasi mężczyźni będą rąbać drewno na ganku. Może wydać się Wam to niesamowicie infantylne ale spróbujcie a potem oceniajcie. To jest nieziemsko przyjemne tak oderwać się na chwilę i w pełnym rynsztunku wskoczyć na chwilę w inną konwencję.

3 WYDARZENIA.

Ostatnio dostałam zaproszenie. Pozwolę skopiowac sobie jego treść:

Kobiecy rytuał. Święto. Celebracja.

Tym razem w ogrodzie w blasku świec.

W natłoku pracy, stresu, nauki, zamętu Dywan jest oazą, w której świętuje się to, co piękne i dobre. Ładuje się baterie na cały miesiąc. Niezwykłe wydarzenie. Regeneracja zmysłów.

Latający Dywan wygląda tak:

1. Rytuał zaczyna się od przygotowania w domu. Ubierz się w coś, w czym będziesz czuła się wyjątkowo. Specjalnie na tą okazję. Załóż coś pięknego - to może być ulubiona sukienka albo naszyjnik, który zazwyczaj leży w szufladzie. Spryskaj się ulubionym zapachem.

2. Przynieś ze sobą albo coś słodkiego (preferowane są zdrowe i proste słodkości - owoce - świeże i kandyzowane, orzechy, chałwa) albo kwiaty albo świecę.

3. Przyjdź punktualnie na ulicę #### o godz 19:00. Idąc na Latający Dywan staraj się dostroić do nastroju tego wydarzenia.

4. Będziemy siedziały w kręgu w ogrodzie. Będzie herbata i słodycze. W święto wplecione zostaną małe rytuały - turecka woda cytrynowa będzie służyła do natarcia rąk, a indiański 'beauty report' posłuży nam za wzór opowieści. Będziemy dzielić się historiami. Będziesz mogła mówić, albo tylko słuchać. Będziemy mówić o tym, co ostatnio pięknego usłyszałyśmy, przeczytałyśmy, przeżyłyśmy. Słowa będą niespieszne. Napięcia będą znikały.

Do zobaczenia na Latającym Dywanie


Jestem ostatnio turbozestresowana i bardzo potrzebowałam polecieć, odrealnić się, przeżyć coś innego. To było wspaniałe! Wróciłam z pracy do domu, wzięłam prysznic, nasmarowałam się olejem kokosowym, baaardzo powoli. Na tę okazję, uznałam, że zaszaleję ze strojem (bo jak teraz nie zaszaleję i później nie zaszaleję to kolejna okazja dopiero w trumnie!) pożyczyłam więc od znajomych wianek. Kupiłam wiązankę kwiatów i wyruszyłam do Ogrodu a pech chciał, że lało jak kurwa mać, więc musiałyśmy schronić się wewnątrz ;)




Liczyłam na lampiony i świerszcze w trawie a tymczasem był deszcz stukający o parapet ale dom był piękny, gospodyni wspaniała i uczestniczki również. Były świeże kwiaty i czekolada, były nektarynki i brzoskwinie, orzeszki pistacjowe, herbata parująca z dzbanków. Były bakalie, cytrusowy olejek do obmywania dłoni. Były poduchy i światełka. Kobiety w różnym wieku. Bardzo ciekawe. Pilotka wycieczek, mama czwórki dzieci, dziewczyna, która robi witraże, szamanka... Znałam dobrze tylko jedną z nich, reszta była obca a jednak rozmawiałyśmy i rozmawiałyśmy. Wymieniałyśmy się refleksjami, lękami, pomysłami. 

Powiedzcie, jak często prowadzicie takie rozmowy? Ja miałam ich niedosyt pomiędzy gadkami o pogodzie i dupie maryni. Dla mnie ten wieczór był cudny!


Przejmij inicjatywę! Zorganizuj urodziny swojego kota z obciachowymi koreczkami. Niech pokój będzie wystrojony a każdy przyniesie kotu prezent. Twoje dziecko, jest szansa, że to pokocha. Jak nie masz osobnego, z pewnością ucieszysz to wewnętrzne :) Zrób piknik na ławce w parku. Święto dyniowego placka albo szarlotki, otwierające jesienny sezon, coroczne gotowanie risotto z kurkami!

Możliwości są tysiące. Nie chcę słuchać, że nie masz czasu. Niektóre z uczestniczek Latającego Dywanu przybyły spoza Krakowa. Jeśli zaprosisz ludzi na imprezę w stylu "gadamy tylko o teatrze i filozofii" i zaangażujesz ich w przygotowania, oni w to pójdą, jeśli to jest tez ich zainteresowanie. Może kreowanie takiej przestrzeni jest dobre, może wokół siebie masz mega ciekawe osoby, tylko wydaje się, że nie ma okazji? Nie spodziewaj się, że ktoś wypali z grubej rury przy ekspresie do kawy w pracy "Wiesz... co do tej koncepcji Junga...".

Daję Ci dwa tygodnie! W ciągu tych dwóch tygodni uroczyście celebruj dowolne wydarzenie. Choćby w pojedynkę. Zapisz sobie ten pomysł w zeszycie. Spróbuj. Nie musisz mi opowiadać, ale jeśli to zadziała i dla Ciebie, zawsze chętnie przeczytam maila w tej sprawie albo komentarz. Ostatecznie im więcej inspiracji do przeżywania radości tym lepiej. Skoro życie nie czeka, nie czekajmy też. Ta okazja do radości, jest właśnie teraz :)