piątek, 31 października 2014

Ten kto tylko narzeka sam sobie winny i dobrze mu tak!

Jest jedna rzecz, której bardzo nie lubię, a która była moim udziałem. Otóż kiedyś, byłam taką upartą, zapiekłą babą, która chciała mieć poczucie, że do wszystkiego w życiu doszła sama. Sama na swoich błędach, własnymi rękoma i tak dalej. Gdyby ktoś mi wtedy pomógł niedajboże - musiałabym umrzeć. Chciałam żeby sukces był tylko mój. Chciałam zawdzięczać go tylko swojej pracy. Chciałam zrobić wszystko sama i... pewnego dnia uświadomiłam sobie, że kiedy już stanę na tym pięknym szczycie, który dla siebie wymarzyłam... twarz będzie mi smagał zimny wiatr, będzie cicho i bardzo samotnie. No i co można robić na takim szczycie? W dodatku żeby samemu iść na ten szczyt, trzeba ciągle z nieufnością patrzeć na innych. Czy aby nas nie wyprzedzają? Czy nie są zwinniejsi? Czy nie mieli lepszego startu? Czy pogoda im bardziej nie sprzyja? Można, mówiąc krótko ocipieć.

Dziś nadal jestem indywidualistką i lubię robić rzeczy sama, ale nie boję się już prosić o pomoc. Co więcej, nie odbieram ludzi jako zagrożenie, raczej wychodzę z założenia (przyznaję się bez bicia - czasem naprawdę naiwnie) że wzbogacą moje życie i projekty, które tworzę. Od dawna nie myślę o ludziach jak o konkurencji. Jak ktoś zdobywa coś na czym to mi zależało, wzruszam ramionami i mówię sobie "oh, no może to nie było mi pisane? Może świat szykuje dla mnie coś jeszcze lepszego, kto to wie?". I idę dalej. Dzięki temu, ludzie zmienili nastawienie do mnie i wspierają mnie na maksa w moich inicjatywach. Zaprzyjaźniona graficzka, a nawet dwie, pomagają kiedy trzeba coś pięknego zmajstrować, ktoś podrzuca radę, ktoś inny otwierającą oczy książkę, jeszcze ktoś kontaktuje mnie z kimś... i tak tworzy się pewnego rodzaju ekosystem. Bardzo dobrze jest dla ducha, kiedy rozpływa się w większej całości i czuje się częścią. To kojące dla wszystkich garniturowców, korposczurków i ludzi z kredytem na trzydzieści lat. Dla tych co na wygnaniu w obcym mieście i dla tych co zaczynają wszystko od nowa bo z jakiegoś powodu, swoje stare miejsce utracili.

A bycie częścią ekosystemu zakłada działanie na jego korzyść. To dlatego okropnie mnie irytują ludzie, którzy narzekają ale nic nie robią. I wcale nie mam teraz na myśli tak modnego w tych dniach samorozwoju, wiecie, ulepszania siebie i swojego życia. Mówię o dokonywaniu personalnych wyborów tak, żeby wesprzeć innych. Wkurzają mnie Ci, którzy nadają na polityków i nie idą na głosowanie. Do białej gorączki doprowadzają mnie ludzie, którzy bredzą "o, o zwierzętom paniusia pomaga, toć to tylko zwierzęta! Kto pomoże biednym dzieciom?". Zgadnijcie ilu dzieciom pomogły osoby wygłaszające podobne frazesy. Irytują mnie ludzie, którzy narzekają na "okropnie wysokie ceny szmat w sieciówkach" a jednocześnie głośno bronią szwaczek w Bangladeszu. Toć marża to jedno, drugie to fakt, że może wcale nie jesteś w stanie dać o kilkadziesiąt % więcej po to by dostawcy zarobili więcej (no bo ile rzeczy kupujesz z organicznych linii lub fair trade? Pooglądasz a potem marsz w wieszaki "wszystko po 10zł). Nie lubię ludzi, którzy marudzą ale sami nie są w ogóle w stanie nic od siebie dać.

Bitchslap. Serio? Nie jesteś już dzieckiem żeby oczekiwać od świata, polityków, sąsiadów czy obcych (Mars napada) żeby stworzyli Ci dogodne warunki. I ok, nie każdy nadaje się na polityka ale każdy może zrobić coś. Jak słyszę frazes ŚWIATA NIE ZMIENISZ mam ochotę gryźć i kopać. Oto tylko kilka pomysłów na małe zmiany, które mają wpływ. Wątpisz? Z pewnością mają większy niż żalenie się jak jest źle i oczekiwanie, że ktoś poprawi Twój los.

POMYSŁY:

- Przykład jabłek Putina pokazał, że możemy być dumni z naszych produktów i możemy pomóc naszym rolnikom. Polakom. Nie fajnie? Nie mówię, że imbir czy awokado złe ale czemu nie kupować lokalnych, polskich produktów? Jabłek, gruszek, śliwek, miodu? Czemu nie snobować się na cydr? Czemu nie przypomnieć sobie o rodzimych browarach, o polskich firmach produkujących różne rzeczy? Czemu nie kupować od osób, które chcemy wspierać? Płyty ulubionego artysty, iść na warsztaty z robienia lalek do fajnej, kreatywnej laski? Kupić książkę kogoś z kim utożsamiamy się duchowo?

- Oddać niepotrzebne rzeczy innym. Nie wielkim organizacjom. Sąsiadom. Ubogiej rodzinie, którą zna ktoś z Twojej rodziny. Możliwie blisko, tak żeby zobaczyć efekt swojego podarunku. To bardzo łąduje akumulatory.

- Wziąć udziału w wolontariacie. Nie każdy chce i nie każdy może. Ale może Ty chcesz  i możesz?

- Podzielić się z innymi informacjami. O ofercie pracy, o fajnych zajęciach, o tanim, dobrze zaopatrzonym lumpie, o dobrym filmie. Wzbogacić bliźnich o coś, co myślimy, że jest im potrzebne.

- Zbudować domek w ogrodzie dla pszczół.

- Zaadoptować pszczoły.

- Karmić ptaki zimą.

- Nigdy nie śmiecić a wręcz jak można, cudze śmieci podnosić. No bo co, nie swoją ziemię sprzątasz?

- Nagłaśniać problemy i działać społecznie lub wspierać tych, którzy działają. Kibicować antysmogowcom, feministkom czy kreatywnym paniom przedszkolankom.

- Uznać, że cudzy interes jest też moim interesem. No jak Krysia, Zdzisia i Ziuta będą czuły się dobrze to na bank zrobią dla innych też coś miłego. A może właśnie dla nas.

- Dzielić się swoją wiedzą. Nawet jeśli masz poradzić koleżance, że zajady robią się zwykle z braku witaminy B. I że kasze i płatki drożdżowe są całkiem si.

- Przeznaczyć część zarobionych pieniędzy na inicjatywę, w którą się wierzy.

- Chwalić innych i doceniać ich.

- Napisać podręcznik dla dzieci lub stworzyć dla nich fajne warsztaty.

Powiem więcej, niektóre z tych rzeczy, nie muszą być nieodpłatne. Brakuje nam dobrych artystów, zdrowego jedzenia, wiedzy, inspiracji. Możemy za to płacić. Możemy konsumować, możemy tworzyć, możemy rozdawać za free.

Tylko nie mówi mi, że się nie da. Bo jeśli nie robisz nic, żeby zmienić to na co tak narzekasz, to się zastanów - czy naprawdę jesteś pełnoprawnym użytkownikiem tego świata? I czy jesteś twórcą czy jesteś spłukanym, rozkapryszonym bachorem w sklepie z zabawkami?

Z bojowym pozdrowieniem

Blum

poniedziałek, 27 października 2014

OSTATNIE PODRYGI MAD TEA PARTY.



Mam wrażenie, że w zeszłym roku byłam jakimś terminatorem, który robił milion rzeczy na raz. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że terminator ten dlatego właśnie się wykoleił i zapadał na rozliczne choroby. W tym roku nie umiem się tak cudownie rozmnożyć. Musiałam wybrać priorytety i są nimi relacje (moich różnych bliskich dotykają teraz kryzysy, jednych finansowe, innych małżeńskie, jeszcze innych zdrowotne) mój związek (trawiony przez trudną sytuację mieszkaniowo-finansową - S. przez 5 dni pracuje poza domem więc w efekcie i tęsknię, i muszę wszystko ogarniać sama) i kwestie blogowe.

Zaniedbałam tym samym siebie, zarówno jeśli chodzi o gotowanie, pielęgnację jak i sport. Potrzebuję teraz pieniędzy, potrzebuję popchnąć rzeczy do przodu i potrzebuję poukładać różne rzeczy. Nie chodzi o to, że ciało nie jest ważne ale walczę teraz z inną materią a nie fair byłoby się oszukiwać, że w 24h jestem w stanie zrobić WSZYSTKO. Rok temu miałam więc swoje idealne ciało i mnóstwo czasu na przyjemności, teraz ciężko pracuję w pracy (po ośmiu godzinach jestem wyżęta jak ściera) nad moim nowym projektem (o tym zaraz) i biorę zlecenia tworząc teksty (jeśli szukacie copywriterki z duszą do swoich kreatywnych biznesów - możecie pomyśleć o mnie!). Przed nami remont albo zmiana mieszkania. Pode mną tyłek płaski jak naleśnik, moja twarz ma kolor nieobranego ziemniaka i mało mam sił na podryg uśmiechu w górę. Ale ufam, że to jakiś proces. Strasznie za sobą tęsknię ale muszę poczekać na czas dla siebie. No i tak to...

PRACA

Projektuję kiecę dla królewny!


Z kryształkami

I jestem dosłownie PRZYWALONA robotą
Moja praca coraz mniej przypomina kreowanie czegokolwiek, a coraz częściej jakieś popieprzone call center. Mam wrażenie, że pożary wybuchają w niej średnio pięć razy dziennie i wszystkie je trzeba natychmiast gasić. Tęsknię za czasami kiedy mogłam więcej energii zogniskować na samych ubraniach a nie niekończących się spotkaniach, ulepszeniach, systemach i procedurach. Nie jestem najlepszą biurwą. Szczerze mówiąc: w ogóle się do tego nie nadaję i nigdy nie chciałam tego robić w ten sposób. Ja jestem TA KREATYWNA. A ostatnio jestem po prostu wyciśniętą skórką od cytryny :|


PAŹDZNIERNIKOWE

Herbata imbirowa, o której już pisałam jest teraz codziennym rytuałem. Liczę na to, że wzmocni moją odporność i przyspieszy metabolizm, skoro nie mogę liczyć na siebie w sferze regularnych treningów.
Wykorzystuję każdą okazję żeby spacerować plantami.
Łażę nocą po Rynku i wtapiam się melancholijnie w stare budowle, w światła, w parskanie koni. Zwłaszcza lubię spacerować z Sarą, kiedy zamawiamy kawę na wynos i łazimy bez końca dyskutując o życiu, świecie, strachach i nadziejach.
Mój mężczyzna obchodził urodziny i udało mi się nabrać go, że idziemy do teatru a w rzeczywistości zgotować mu imprezę niespodziankę! To był bardzo dobry pomysł bo wymogłam na nim elegancki przyodziewek. Wymogłam go również na wszystkich gościach, którzy pomyśleli, że fajnie będzie się wystroić i iść w tany. To był klasyczny win-win.
Właściwie to miała być druga część wyzwania październikowego. Czyli zadbać o zdrowie. Zrobić badania. Ja zbadałam i krew i mocz, żeby zobaczyć jak się miewam. Kiedyś uwielbiałam pobieranie krwi i zawsze patrzyłam jak wbijali mi igłę. Teraz na samą myśl mi słabo.
Przykro pisać ale obecnie jestem tak przeciążona, że naprawdę, najlepsze momenty to te, w których oglądam seriale. Przygotowuję przekąski, Surfer przynosi piwo/wino/herbatę. Zakopujemy się w pościeli i robimy maraton. Ostatnio True Detectiv i oczywiście SOA.
A tak, czasem się zmuszę do treningu ale nie mam w większości siły. A im mniej mam siły żeby ćwiczyć tym mniej mam siły żeby żyć. Wbrew pozorom ćwiczenie nie wyczerpuje ale bardzo energetyzuje. Ale po roku bez sportu jakoś ciężko mi wrócić, zwłaszcza, że wiem, że teraz nie będę regularna.
Szykowałam newslettera pt "Złap gołębia" ale potem uznałam, że kończę przygodę z MTP.
Poranki stały się potwornie zimne, mgliste i smutne. Ciężko się wyłuskać z pościeli rano.
Adziu zawsze boski :)
Zawsze się wkurzam, że Surfer rozwala po całym domu swoje rzeczy. Pięć czapek, sto par okularów, papierki wyciągnięte z kieszeni kurtki, trzy zegarki, wymięte koszulki, rowery, ochraniacze... ale tak naprawdę naprawdę, wzrusza mnie ten męski bajzel. Te jego wszystkie rzeczy. Bo kiedy go nie ma i tęsknię, przynajmniej jego osoba się jakoś manifestuje w tym mieszkaniu. Lubię te Surferskie bambetle. Tylko mu nie  mówcie, że mnie to wzrusza!

  
Czytam "Bądź Paryżanką gdziekolwiek jesteś" idealna lektura do tramwaju. W torebce też ciągle mam jakieś przekąski jak choćby wafle ryżowe lub kukurydziane bo kiedy jest zimno ciągle mam ochotę jeść. Odkryłam też dzięki jogicznej Ani cudowną zieloną herbatę z bergamotką.


KRAKÓW JAKIEGO NIE ZNACIE


Miałam dziwny sen, że wsiadam na Flamingo i jest piękna złota jesień. I pedałuję, pedałuję a wiatr wieje mi w twarz i rozwiewa moje włosy jak żółte liście na asfaltowych alejkach.


I niby jestem w Krakowie ale też jakby nie jestem, bo odbijam trochę od centrum i trafiam do parku. Ale ten park jest jakiś dziwny i ma mnóstwo turkusowych rzeźb a z ziemi wychodzą dłonie, które trzymają kamienie. Trochę jak dłonie umarłych. Są tam też turkusowe planety oraz pomniejsze smoki. A na soczyście zielonej trawie, w słońcu stoją czerwono-białe leżaki w pasy. Siedzą na nich młode matki z dziećmi i emeryci. Stare kobiety robią na drutach wielkie szale i piją kawę. Jestem zmęczona i siadam na leżaku też. A potem, w tym śnie, idzie ku mnie Surfer...


 I ma włosy tak złote jak te liście i niesie dwie duże kawy i dwa korzenne ciasteczka. A za moimi plecami stoi jakby kamienny portal. Kiedy staniesz w jego centrum i spojrzysz w niebo, masz wrażenie, że przeniesiesz się do innego świata. Ale nic takiego się nie dzieje. Nawet kiedy się uszczypnęłam, nic się nie wydarzyło. Surfer powiedział, że musimy już jechać więc wsiedliśmy na rowery i wracaliśmy w stronę miasta ale nagle pojawiła się polana. W tle były bloki ale odgrodzony płat trawy zajmowały konie! Były dość chude i brudne, skubały sobie trawę. Chciałam podejść bliżej ale Surfer powiedział, że nie wolno tak robić bo płot może być pod napięciem. Pojechaliśmy dalej.


S. powiedział, że musimy pojechać na nasza ulubioną pizzę do Forum. Strasznie długo czekaliśmy i poszłam sprawdzić czemu urządzenie nie brzęczy,że to już. I nie brzęczało, więc weszłam w jakieś drzwi, którymi nigdy nie przechodziłam i trafiłam do dużego, loftowego pomieszczenia. A tam były róże meble i szklanki i wszystko wyglądało jak z tumblrów i pinterestów. I było tyyyyle gazetów, które chciałam Wam pokazać.





A może to wcale nie był sen? A może taki właśnie jest Kraków?

A TERAZ O PROJEKCIE I KOŃCU MTP.

Madtik ostatnio bardzo ożył ale jak się okazało - było to ożywienie przedagonalne.

Bardzo wsiąkłam w pisanie. I zaczęło mnie wkurzać, że robię to na kolanie, byle jak, w pośpiechu. Zaczęłam wprowadzać zmiany.Więcej od siebie wymagać. Chciałam żeby zdjęcia były ładniejsze i jakoś obrobione. Chciałam pisać bardziej merytorycznie. Chciałam rozbudować MTP i przeformułować go. Zreformować. Ale okazało się, że on tego nie zniesie. Formuła wyczerpała się już dla niego, tego małego bloga prowadzonego tylko dla krewnych i znajomych... królika :)

Wszystko zaczęło się od tego, że chciałam zmienić adres na krótszy. Ale był zajęty. Więc zaczęłam myśleć nad innym. Ale w międzyczasie poczułam, że coraz więcej chcę o różnych rzeczach, które mnie kręcą a coraz mniej o gotowaniu. Kiedyś, w stałym związku, z drugim domatorem a w dodatku zawodowym kucharzem, pisanie o jedzeniu miało dla mnie sens. Dziś zbyt wiele jest pięknych, roślinnych blogów, żebym widziała sens w prowadzeniu swojego. Mój związek się rozpadł, byłam sama, eksplorowałam inne tematy, weszłam w nową relację. Dziś moje życie nie przypomina w niczym tamtego dawnego. Szukam informacji na inne tematy, najwięcej satysfakcji przynosi mi pisanie o tym, jak poczuć się dobrze w swoim życiu. W kobiecym życiu przede wszystkim bo jestem kobietą (o eureka!). W miłości, w związku, w życiu zawodowym. W swoim ciele. Jednocześnie nie utraciłam moich przekonań dotyczących miejsca zwierząt i roślin w moim życiu. A może nawet bardziej niż kiedykolwiek poczułam się jej częścią? Jednak akcenty porozkądały się inaczej. Zaczęłam Was pytać czemu tu zaglądacie, co ode mnie dostajecie, co jeszcze chciałybyście wziąć. Chciałam poprawić stronę, grafikę... i zapisałam się do LATAJĄCEJ SZKOŁY DLA KOBIET. W praktyce to oznacza, że prawie każdy weekend spędzam na burzy mózgów w kobiecym gronie, by skrystalizować swój pomysł. Po wszystkich moich życiowych zmianach, poczułam się znów Blimsien. Poczułam, że potrzebuję swojej siły i mocy. Poczułam, że bardziej niż kiedykolwiek czuję się kobietą i chcę być wśród kobiet, i że to innym kobietom właśnie, jestem w stanie zaoferować najwięcej. Nie wegetarianom. Nie ekologom. Nie punkom. Po prostu - laskom. I wiem, że tak jak teraz, nie jeden facet odnajdzie się w tym. W gadaniu o superfoodsach, konsumpcji, ambitnych filmach, fajnych książkach czy dziarach. Nie czytają mnie w końcu niewrażliwi troglodyci. A jednak to nie oni stanowią większość. Zaczęłam się zagłębiać i... przypadkiem wsiąknęłam. Nie wiem jeszcze czy będę prowadzić nadal MTP po założeniu nowej strony. Myślę nad całkowitą zmianą adresu, przerzuceniem części treści i robieniem tego tak jak mi w duszy gra. A szczerze mówiąc... jak mnie trawi jakiś ogień, nie umiem za bardzo zawrócić. Mam nadzieję, że nowe miejsce będzie dla Was atrakcyjne, będzie lepszą wersją tego. Być może usłyszę, że się zmieniłam i że teraz to jednak inaczej no ale... moje życie się bardzo zmieniło. Coś się wyczerpało. Coś nowego się wykluło. Mam nadzieję, że będziecie kibicować. A teraz kilka "behind the scenes":

Będą ze mnie ludzie.

Z matką przełożoną czyli Agatą Dutkowską.

Wstaję, piję kawę, robię niesamowite rzeczy, idę spać.

O-oooo

Głosy sceptyków. Ćwiczenia. Pomysły. Ankietowanie obecnych czytelniczek. Blady strach i płonące serce.

Oto mój życiowy eksperyment. Postanowiłam iść za głosem serca. Iść za nim na całego. I ufać mu (choć tak bardzo się boję) że nie wpuści mnie w maliny. Kto wie, być może utoruję Wam ścieżkę ;) a jak się nie uda, postawcie mi na grobie kwiatka.

MTP zostało prześwietlone, przemaglowane i zrecenzowane przez obce mi kobiety. A teraz coraz bliższe mi kobiety. I nie umarłam!


Teraz jestem na etapie wybierania spośród wszystkich rzeczy, które lubię tych, które pasują najbardziej do pomysłu. Nie może być za czarno i za wiele szatana, za loftowo i za minimalistycznie. Tematyka zostanie ale będzie więcej GRRLPOWER. Wasze odpowiedzi i rozmowy z Wami ukazały mi jasno, że oprócz moich treści, to właśnie WY tworzycie społeczność skupioną wokół bloga a żadna notka nie kończy się tam gdzie JA postawię ostatnią kropkę. Zawsze spływa w komentarze. Postanowiłam wzmocnić ten aspekt i zbudować sieć połączenia między chętnymi. Między poszukiwaczkami własnej siły i chłopczycami, które nie wiedzą jak nie być rozlazłą babą ale nie chcą też dłużej identyfikować się z chłopakami (if ju noł łot aj miiin). Zbudujemy sobie babski GIRL GANG i będziemy z naszej klawej kobiecości czerpać siłę.  

 BARDZO mnie pociąga ta idea!

Wasza mocno zmaltretowana, ale kurewsko uparta przy swoich wizjach i planach - ja.

Blum

P.S Jeśli chcecie mi powiedzieć, że robię źle i jestem naiwna i głupia - POWIEDZCIE TO TERAZ ALBO ZAMILKNIJCIE NA WIEKI :)

środa, 22 października 2014

Fajne rzeczy do posmakowania, zobaczenia, posłuchania, wypicia tej jesieni.

Źródłem tego zdjęcia zanim je popisałam i obrobiłam było pinterest.com
Hej co u Was?

W Krakowie pierwszy naprawdę zimny i deszczowy dzień. Miasto, które zamieszkuję zrobiło mnie już w tym sezonie kilka razy w konia i kiedy byłam ubrana jak na potop, było słonecznie więc dziś wyłuskałam się z objęć nagiego... kota i wybiegłam w płaszczyku wiatrem podszytym, a tam jak nie lunie... No i potem szłam do domu w deszczu, było mokro, zimno, i ciemno, i myślałam sobie o tym jak ogromnie lubię być w DOMU.

Surfer mówi, że w domu to się co najwyżej umiera. I on jest takim motorkiem za nas dwoje. Wyciąga mnie wiecznie jak nie na jedzenie, to na rowery. Jak nie na rowery, to na rolki. Jak nie na rolki, to do knajpy spotkać ludzi (ofuj!). I aż mu uszy chodzą z radości. Ja dla odmiany jestem najszczęśliwsza, kiedy opatulę się kocem. Serfera mam po lewej, kota po prawej, kieliszek wina w ręce i oglądamy seriale. Omamusiu, aż mi stopy się kiwają z radości pod tym kocem! UWIELBIAM. Oboje więc sobie coś dajemy, on mi rozruch, a ja jemu trochę chillu i odcięcia od bodźców. O tym gdzie łaziliśmy ostatnio opowiem Wam w poście instagramowym. Ale nie dziś. Dziś bowiem będę opowiadać o kokoszeniu się pod kołdrą z kubłem herby w ręce. Jak zwalczam jesienną chandrę albo pogłębiam ją. Co robię jak akurat nie chcę być z ludźmi. Co kocham i co moim skromnym - warto.

DO ZOBACZENIA:


 Zacznę trywialnie bo od serialu. Lubię amerykańskie seriale bo dzielą się na sezony i są rozrywką, która nijak nie imituje życia. Gardzę Klanem czy M jak Miłość bo zamiast oglądać jak Hanka Mostowiak robi pranie, wolę zrobić własne. Ale ponieważ chwilowo nie jestem ani motocyklistką ani nie biegam z klamką po dzielni, co więcej nie sprzedaję broni, ani narkotyków bardzo lubię oglądać Sons of Anarchy zwane SOA. To tylko ok 11 odcinków rocznie. Jeden tygodniowo. Czekam na to jak na WO co sobotę. Nie jest to ultra pouczające ale po prostu fajnie jest patrzeć na umięśnionych chłopców na motocyklach. I na Kalifornię. A w dodatku jest tam dużo muzyki White Buffalo, który tak fajnie, męsko i seksownie chrypi w deszczowe wieczory.

* Skutkiem ubocznym może być nagła zmiana orientacji z typów ciemnowłosych na skandynawskich blondynów i w dodatku spotkanie takowych w realu a co gorsza, zakochanie się w takowych - za co od razu mówię nie odpowiadam a co mi się przydarzyło więc przestrzegam lojalnie!


Kocham Berlin. Z kochania Berlina zaczęłam kochać inne rzeczy. Uczę się niemieckiego bo mówią nim Berlińczycy.  Nawet wsiąkłam w problemy Turków w Niemczech. Wszystko to przez Berlin. Nie mogłam więc nie pokochać Fatih Akina. Pierwszy jego film, który widziałam to "Głową w mur". Soul Kitchen jest jednak radośniejsze, zabawne, wciągające ale nie ma w sobie nic z amerykańskich, przesłodzonych komedii. Lubię ogromnie aktorów o zwykłych twarzach i zębach. Lubię niemieckie kino. A Soul Kitchen szczerze polecam.


This ain't California nie ma nic wspólnego z motocyklistamiz Charming. To również niemiecki film, fabularny ale kręcony jak dokument. O wczesnych latach deskorolki w Berlinie. Jestem rocznikiem '87 i to okołoberlińskim. Jestem za młoda na niektóre wspomnienia ale pamiętam takie rzeczy jak Ślizg, pierwsze skejtowe miejscówki w moim mieście,kiedy skateparki to było jakieś szalone marzenie. Pamiętam pierwsze zajawki hip-hopem (którego nie jestem wielką fanką) i pierwsze graffiti na szczecińskich murach. Trochę z tej pamięci jest przeszczepione bo mam starszych znajomych bliższych i dalszych i ich opowieści rozpalały moją wyobraźnię. Nie jeżdżę na desce (choć kiedyś o tym marzyłam) i  nie jestem bohaterką tych pierwszych opowieści ale ich młodą obserwatorką. Jeśli pamiętacie pierwsze kroki sceny tatuażu w Polsce, jeśli miałyście katających kumpli, którzy jarali za garażami blanty, jeśli kojarzycie Kalibra i Paktofonikę i macie jakieś takie zajawki, siądzie Wam ten film. Spodoba Wam się nawet jeśli nie umiecie ukręcić prostego ollie. Ten film po prostu ma to coś, co miały czasy "pierwszych" najków, blantów, wersów, punków itp itd.


Ten film poleciła mi przyjaciółka, mówiąc, że "taki berliński, spodoba Ci się". Ale berliński nie jest. Za to jest piękny wizualnie, muzycznie. Jest smutny. Daje do myślenia. Trochę bolesny ale też bajeczny i magiczny. Zahacza o moje największe marzenia i jednocześnie największe strachy. To piękny obraz o relacji i o tym, jak rzeczy, które nie przeszkadzają kiedy wszystko idzie dobrze, mogą zamienić się w najgorsze przywary i ściany nie do przeskoczenia, kiedy dzieje się źle. Nie rekomenduję tego na poprawę humoru ale na rozkminę dobre.

DO POSŁUCHANIA:


Ostatnio znów jaram się SANTIGOLD





Albo GRAVEYARD




No i Łona. Łona to szczeciński raper i gość, który sprawia, że jakoś na obczyźnie bardziej się cieszę z tego bycia szczecinianką. Jak Łona klei słowa, ja mentalnie spaceruję ulicami Szczecina, takim jakim go zostawiłam siedem lat temu. W podobny sposób działają chyba na mnie tylko malunki Paukosa. Ostatnio jaram się zwłaszcza WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ z moim miastem w tle. Cudowności.

DO POCZYTANIA:


Jeszcze nie ma ale będzie tej jesieni kulinarna książka Marty z bloga Jadłonomia. Uwielbiam jej przepisy a do tego te piękne zdjęcia. Ta książka ląduje na mojej wishliście do św. Mikołaja! Jako mol książkowy polecałabym nie tylko ją przeczytać ale i... zjeść!


A teraz moja ulubiona książka! Książka,o której Jonathan Carroll napisał "To opowieść 1001 nocy nowego tysiąclecia.Każdy, kto kocha książki, przez całe swoje czytelnicze życie szukał właśnie tej powieści. Jeżeli kogokolwiek pozostawi ona obojętnym,to jest on bezduszny, albo martwy. Albo i to, i to." A czy wujek Jonathan może kłamać? I w ogóle jak nie zakochać się w książce, która zaczyna się słowami "Dużo czasu minęło i wiele się na świecie zmieniło, zanim nauczyłem się tego, co wiem o miłości, przeznaczeniu i ludzkich decyzjach, ale w gruncie rzeczy wszystko to dotarło do mnie w jednej chwili, kiedy zostałem przykuty do muru i zaczęły się tortury. Jakimś sposobem zdałem sobie sprawę - poprzez krzyk w mojej głowie - że choć jestem spętany,bezradny i krwawię, pozostałem wolny; mogłem znienawidzić ludzi, którzy mnie torturowali, albo im wybaczyć. Wiem, nie brzmi to dobrze. Jednak w szarpnięciach i kąsaniu łańcucha, kiedy tylko tyle ci zostało, ta wolność stanowi wszechświat możliwości. A wybór pomiędzy nienawiścią i wybaczeniem może stać się historią twojego życia".

Shantaram to książka metafizyczna, pełna plastycznych opisów i bohaterów z krwi i kości. To jedna z tych książek po których masz kaca, że się skończyły. Jest Ci przykro inie chcesz pozwolić jej odejść. Po prostu nie możesz znieść myśli o przeczytaniu ostatniej kartki. A co jeśli powiem Ci, że napisał ją człowiek z krwi i kości, prawdziwa postać? Facet, który uciekł z więzienia i ukrył się w Bombaju?Mężczyzna, który w życiu zrobił tyle, że mógłby obdzielić swoim doświadczeniem pięć innych osób?

Niech rekomendacją będzie fakt, że były chłopak płakał jak oddawał ;) Bo nie skończył czytać a ja musiałam ją odzyskać.

POPIJAMY TO WSZYSTKO I ZAGRYZAMY:

Gorzką czekoladą (minimum 70% zawartościa kakao) i herbatą imbirową, która poprawia metabolizm i odporność, a na którą składa się - pokrojony w plastry imbir zalany gorącą wodą. Sok z cytryny i łyżeczka miodu lub soku z czarnego bzu, syropu z agawy + ew szczypta cynamonu.

Głaszczemy jeszcze psa, kota, dziecko lub współtowarzysza życia jeśli mamy go w ogóle a już najlepiej pod ręką.

I co? Jesień nie jest taka zła!

sobota, 18 października 2014

GIRLPOWER NA DZIŚ.



















Ostatnio znalazłam w sieci te wspaniałe grafiki Carol Rossetti i przepadłam. W pierwszej chwili pomyślałam, że to bardzo smutne, że choć koją nasze serca, pokazują, że wciąż potrzebujemy od kogoś z zewnątrz potwierdzenia, że oto mamy prawo być sobą. Druga refleksja była taka, że tylko niewiele z tych obrazków można przypasować do mężczyzn. W większości dotyczyłyby one męskiej seksualności (trans lub homo) i okazywania uczuć (nie mazgaj się jak baba) ale nikt nie wymaga od mężczyzn noszenia tupeciku, apatycznego wyglądu w slipach na plaży, szczególnego zadbania, depilacji, tuszowania siwych włosów itp itd. Wydaje się jakby mężczyzna z samego faktu bycia mężczyzną mógł być bliżej fizjologii i samego życia. U kobiet wszystko jest surowo oceniane (i zbyt często, zdecydowanie zbyt często przez same kobiety właśnie).

Wydaję się sobie na chwilę obecną bardzo pogodzona z moim ciałem. Różne procesy, różne metody dostosowywania do mojego "ja" były moim wyborem ale nadal ludzie bez obciachu mówią mi jak POWINNAM wyglądać. Że moje tatuaże są niekobiece. Że mój kolczyk w nosie wygląda jak gile i jest ohydny. A kiedy ubiorę się w sukienkę "wreszcie wyglądasz jak kobieta". Nigdy nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia choć czasami naprawdę mnie mocno wkurzało.

Ja jednak potrzebowałam pozwolenia na inne rzeczy. Ponieważ kiedy tylko wyczułam, że jako dziewczyna (bo jako dziewczynka nie czułam tych ograniczeń) nie mogę być mocna, agresywna, nie mogę czuć złości - bardzo, bardzo się wściekłam. Byłam bardzo autodestrukcyjna i bardzo "mocna" w taki sposób w jaki męski jest macho. Ja potrzebowałam potwierdzenia (czasem do dziś potrzebuję) że mogę być słaba. Mogę nie dać rady. Mogę czuć się zraniona. I mogę chcieć żeby ktoś się mną zaopiekował. O dziwo nastąpił też we mnie jakiś regres i przez ostatnie lata prosiłam o pozwolenie. Czy mogę być taka a nie inna? Czy mogę się zezłościć? Czy mogę postawić granicę? Czy mogę czegoś nie chcieć?

Tak więc moje tematy są głównie psychiczne, emocjonalne, duchowe. Niekoniecznie fizycznie. Ale puszczam Wam te grafiki bo uważam, że są jak balsam na kobiece serce. Bo uważam, że na tym etapie, na którym jesteśmy w Polsce, potrzebujemy tego potwierdzenia cały czas. Potrzebujemy przeczytać to sto razy i powiedzieć "o fuck, przecież to są MOJE sprawy, nie społeczeństwa. I mam prawo być taka jaka właśnie jestem. Moje doświadczenia mogły być dobre, mogły być złe ale nie determinują mnie jako człowieka. Nadal mogę siebie szanować i kochać".

Chciałabym żebyśmy wszystkie tak myślały. Nieważne czy o siwiźnie, o niechęci wobec dzieci, nieogolonych nogach czy o tym, że nie musimy być twardzielkami albo wręcz przeciwnie, że jako kobiety wcale nie musimy być słabe i subtelne, jeśli tylko nie mamy ochoty.

STAY TRUE TO YOURSELF.
będziesz ze sobą do końca życia. Niech to będzie najlepszy związek jaki masz.