Z mojego marazmu i niechęci do zrobienia czegokolwiek jeszcze się nie wyrwałam za to nabrałam chęci na miesiąc czystości. Co prawda chęci te już mam od dawna ale niestety jeszcze było za zimno, żeby miesiąc czystości poszedł tak dobrze jak bym chciała. Nie wiem czy i w tym roku miałby on polegać na restrykcyjnym trzymaniu się z dala od alkoholu ale na pewno na trzymaniu się na dystans od cukru, zwłaszcza w przetworzonym jedzeniu i gotowych potrawach. Zastanawiam się też nad głodówką, nie umiem tylko jeszcze się zdecydować czy byłaby to kompletna głodówka, głodówka na skokach czy raczej tydzień na mono diecie.
O ile w zeszłym roku miesiąc czystości miał być eksperymentem, o tyle marzec czystości chciałabym żeby przygotował mnie na lato. Na wysiłek fizyczny,na zdrowsze jedzenie, na większą świadomość skierowaną na siebie.
Po tej zimie mam w sobie dużo psychicznego i fizycznego bałaganu, dużo pracowałam, mało ćwiczyłam, mało gotowałam, mam straszny nadmiar różnych informacji w sobie, czuję się jak ikonka KOSZ na moim pulpicie, muszę więc oczyścić siebie i to co dookoła żeby móc zacząć robić coś zupełnie nowego.
Jeśli chodzi i pozytywne myślenie przyda mi się bardzo bo póki co w mojej głowie mam taki kogel-mogel, że nawet nie jestem w stanie powiedzieć co właściwie myślę, te myśli, równej natury rozbłyskują w mojej czaszce i zapisują się na dysku twardym a ja jestem tym wszystkim tak zmęczona, że nie mam ochoty się im przyglądać.
I to właśnie w marcu chcę zmienić :)
niedziela, 26 lutego 2012
czwartek, 23 lutego 2012
Potrzebuję inspiracji!!!
Znacie taki stan kiedy egzystuje się niczym pierwotniak? Takie żyćko, bez polotu, bez zachwytu, bez tragedii. Właśnie od ponad dwóch miesięcy mam to. Gdzieś zapodziałam moją werwę i zapał, nie umiałam sobie postanowić nic sensownego na nadchodzący rok, miałam kilka pomysłów na to czym by się tu zająć ale chyba za bardzo mi w duszy nie zagrały bo już z początkiem roku olałam je takim olewactwem bezbolesnym, kiedy człowiek czuje, że nie że mu się nie chce albo, że ma słabą wolę, po prostu kompletnie go to nie interesuje.
Zatem jak w zeszłym roku interesowało mnie wszystko, chciałam spotykać wszystkich, pożerać książki, słuchać muzyki, podróżować, gotować, ćwiczyć i ogólnie miałam jakiś życiowy szwung, tak w tym roku nic mnie nie podnieca, nic nie bulwersuje, nic mnie nie może z tego marazmu sennego wyrwać. Zrobiłabym coś ale sama nie wiem co.Nawet praca mnie ostatnio irytuje, mam wrażenie, że robię tam ostatnio wszystko, tylko nie to co powinnam. Może to taki czas w życiu, że muszę poleżeć ugorem, bo nawet nie mogę tego nazwać miotaniem się czy też nie cierpię jakoś specjalnie, jestem po prostu okropnie zmęczona i znużona.
A szukam. Szukam czego?
- książki, która złapie mnie za serce i wyrwie je z piersi, gdzie bohaterowie będą tacy, że autentycznie będę bać się, że książka owa się skończy i co wtedy oh co wtedy?
- zapału do nauki jakiegoś obcego języka obcego. Ciekawości może bardziej.
- miejsca gdzie da się potańczyć
- muzyki, która złapie mnie za jaja
- pomysłów i chęci na jedzenie świeże, lekkie i surowe
- podróży
- ciekawych ludzi, którzy lubią opowiadać o sobie
- ciekawych projektów
- inspiracji do pisania
- życia towarzyskiego w trybie "wild&romantic"
Jestem na tym etapie, że zrobiłabym najbardziej szaloną rzecz gdyby podpowiedziało mi ją serce, ale ono nic nie mówi, tylko medytuje sobie w mojej klatce piersiowej, jak mantrę powtarzając bum-bum, wypluwając krew, jak kowboj, znudzony spluwa śliną. Jak mała akwariowa rybka, zawieszona w toni, która tylko napierdala w miejscu płetwami i głupio patrzy na fototapetę przedstawiającą słodkowodne wodozarośla.
O SERCE! ZRÓBŻE COŚ!
Zatem jak w zeszłym roku interesowało mnie wszystko, chciałam spotykać wszystkich, pożerać książki, słuchać muzyki, podróżować, gotować, ćwiczyć i ogólnie miałam jakiś życiowy szwung, tak w tym roku nic mnie nie podnieca, nic nie bulwersuje, nic mnie nie może z tego marazmu sennego wyrwać. Zrobiłabym coś ale sama nie wiem co.Nawet praca mnie ostatnio irytuje, mam wrażenie, że robię tam ostatnio wszystko, tylko nie to co powinnam. Może to taki czas w życiu, że muszę poleżeć ugorem, bo nawet nie mogę tego nazwać miotaniem się czy też nie cierpię jakoś specjalnie, jestem po prostu okropnie zmęczona i znużona.
A szukam. Szukam czego?
- książki, która złapie mnie za serce i wyrwie je z piersi, gdzie bohaterowie będą tacy, że autentycznie będę bać się, że książka owa się skończy i co wtedy oh co wtedy?
- zapału do nauki jakiegoś obcego języka obcego. Ciekawości może bardziej.
- miejsca gdzie da się potańczyć
- muzyki, która złapie mnie za jaja
- pomysłów i chęci na jedzenie świeże, lekkie i surowe
- podróży
- ciekawych ludzi, którzy lubią opowiadać o sobie
- ciekawych projektów
- inspiracji do pisania
- życia towarzyskiego w trybie "wild&romantic"
Jestem na tym etapie, że zrobiłabym najbardziej szaloną rzecz gdyby podpowiedziało mi ją serce, ale ono nic nie mówi, tylko medytuje sobie w mojej klatce piersiowej, jak mantrę powtarzając bum-bum, wypluwając krew, jak kowboj, znudzony spluwa śliną. Jak mała akwariowa rybka, zawieszona w toni, która tylko napierdala w miejscu płetwami i głupio patrzy na fototapetę przedstawiającą słodkowodne wodozarośla.
O SERCE! ZRÓBŻE COŚ!
niedziela, 19 lutego 2012
Rosół z knedlami. Mój zimowy sposób na "poczucie się w domu"
Pamiętam to podniecenie, kiedy wprowadzałam się do mojego pierwszego, prawdziwego mieszkania, które miałam uczynić swoim nowym domem. Była ulga, że będzie mniej sprzątania niż kiedyś, była radość, że teraz można wszystko po swojemu, był też smutek, że konto nie ma tylu zer i czasem będzie trzeba zadowolić się meblami z wyprzedaży, o których P. mawia, że musiał je projektować Stiwi Łonder, takie mniej więcej mają walory wizualne. Najbardziej jednak zszokowało mnie to, że trzeba wszystkiemu przypisać jakieś miejsce i funkcję. I na przykład gdzie położyć łyżki? Gdzie włożyć przyprawy? Nigdy wcześniej nie miałam takich problemów, bo żyłam zawsze w domach/mieszkaniach cudzych. Nie było ich znów aż tyle, właściwie ilość ich mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. To mieszkanie jednak było goluteńkie i wszystko trzeba było zacząć od nowa. Z początku było trochę studencorowo. Taki misz masz posagu z domu, moich ulubionych rzeczy, rzeczy, które mi się podobały ale nie pasowały do innych rzeczy, rzeczy, które miał P. i za nic w świecie nie chciał się ich pozbyć. To zabawne, wtedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy o tym jaki będzie nasz związek, byliśmy z dwóch różnych miast, nie mieliśmy pojęcia co będziemy robić w Krakowie, kogo tu poznamy i co powinniśmy mieć w domu. Tak, to było jakiś czas temu, kilka ładnych lat. Od tamtego czasu ciągle coś zmieniamy i coraz bardziej czujemy się u siebie. Ostatnio nawet zainwestowałam oszczędności życia w szafę :) Jeśli jeszcze zaczniemy dekorować balkon, uznam, że polegniemu na krakowskiej ziemi. Przez te lata nasz związek się wyklarował, wiele naszych marzeń i planów okazało się być śmiesznych, a para rokendrollowych dzieciaków (raczej może jeden dzieciak i jeden starzec) zmieniła się w domatorów. Czyli milijony płyt, książek i innych rzeczy, które udomowiły te białe ściany włączając w to kota, królika, manekin, który udaje krawiecki (sorry Elwira, przecież nie jesteś prawdziwym manekinem krawieckim!), gitarę itp itd. Ale to co pozwala nam się czuć jak w domu to zapachy. Jeśli akurat nie jest to zapach kota tylko kawy lub jedzenia - jesteśmy szczęściarzami :)
Są więc i nasze małe rytuały i potrawy, domowe. Ani z domu P. ani z mojego. Jedną z takich potraw jest coś co ja z uwielbieniem nazywam rosołem, a rosół to taki jak ja jestem Azjatką. To bardzo aromatyczny wywar z warzyw, grzybów leśnych, zawiera opalaną cebulkę, włoszczyznę, oliwę z oliwek, przyprawy i gotuje się go bardzo długo i powoli, niemal do rozpadnięcia marchewki. Mmm, pycha! Nigdy nie robimy z tego pomidorowej ani nie jest to bazą w ogóle do innej zupy, jest wartością samą w sobie. Czasem mrozimy to w kostkach i używamy potem zamiast kostek rosołowych (szczegóły w zakładce po prawej Tips and Tricks) czasem podajemy z makaronem lub kładzionymi kluskami. Ale ostatnio pani Kręglicka przypomniała mi o knedlach i postanowiłam ugotować je w tym rosole.
PRZEPIS NA KNEDLE ZNAJDZIESZ TU
A teraz o samych knedlach. Poza sposobem podania ich z sosem lub w zupie sugerowałabym też gulasz lub potrawkę. Ja np część z nich wymieszałam z resztkami potrawki fasolowej KLIK KLIK - która na drugi dzień była jeszcze lepsza. Knedle do zupy robię mniejsze, jak pulpeciki.
A za Kręglicką dodam kilka pomysłów jak urozmaicić knedle, boże uwielbiam takie kaloryczne, sycące dania!
- zblanszoany szpinak, odciśnięty i posiekany, doprawiony gałką muszkatołową
- grzyby usmażone z czosnkiem, cebulką, natką pietruszki (ta opcja towarzyszyła mojej zupie)
- górskie twarde sery, które w gorących kluskach stają się miękkie i ciągnące
- paseczki porów usmazone na oliwie
- orzechy lub płatki migdałowe usmażone na maśle
Takie knedle to moje prawdziwe comfy food. Od razu czuję się "jak u mamy" co zabawne, bo akurat moja mama jest mistrzem gotowania "z niczego" i nigdy nie bawiła się w takie kombinacje, przynajmniej nie po przejściu na wegetarianizm. Jednak z knedlami nie ma wcale tyle roboty a za to uczucie dopieszczenia i zadomowienia, jestem w stanie raz, dwa do roku zakasać rękawy i przygotować je w masowej ilości.
sobota, 18 lutego 2012
PASZTET Z OLIWKAMI I SEREM RICOTTA
Czasem kilka pospiesznie nakreślonych zdań, niczym notatka przypięta do drzwi lodówki, czasem tylko kilka "pocztówek", czasem dłuższy list tak troszkę o niczym, a trochę o życiu codziennym, dziś tylko przepis. Tak po prostu.
SKŁADNIKI:
- 450g sera ricotta
- 50g utartego parmezanu
- białko z 2 jaj, ubite
- mała garść czarnych oliwek przekrojonych na pół
- mała garść zielonych oliwek przekrojonych na pół
- kilka pokrojonych suszonych pomidorów
- sól, świeżo zmielony pieprz, zioła prowansalskie
PRZEPIS:
1 Rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Foremkę/ki do pasztetu wyłożyć pergaminem do pieczenia. W misce wymieszać parmezan, ricottę, białka oraz przyprawy.
2 Umieścić mieszaninę w foremkach, Na powierzchni rozłożyć pomidory, oliwki i wcisnąć je delikatnie wgłąb ciasta.
3 Piec aż pasztet delikatnie się zezłoci. Ok 20 minut.
Można kroić na kawałki i traktować jako przystawkę lub rozsmarowywać na pieczywie jak pastę.
Z podanej ilości składników wychodzą dwie tarteletki wielkości porcji n zdjęciu.
Przepis pochodzi z książki WEGETARIAŃSKIE DANIA. 101 SPRAWDZONYCH PRZEPISÓW.
niedziela, 12 lutego 2012
Wyniki żelowego losowania
Losowanie się odbyło z okiem zamkniętym, raz ręką prawą, raz lewą. Bardzo ucieszył mnie Wasz odzew i strasznie mi przykro, że nie mogę obdarować wszystkich, może w przyszłości trafi się jeszcze jakaś miła rozdawka.
Tymczasem wyniki:
1 Płyn do kąpieli wygrywa Videl
2 Zestaw nr 2 Grejfrut
3 Zestaw nr 3 Knjiga
Jeszcze dziś lub jutro skontatkuję się z Wami w celu pozyskania Waszych adresów do wysyłki!
Gratuluję i życzę miłego namydlania :)
Tymczasem wyniki:
1 Płyn do kąpieli wygrywa Videl
2 Zestaw nr 2 Grejfrut
3 Zestaw nr 3 Knjiga
Jeszcze dziś lub jutro skontatkuję się z Wami w celu pozyskania Waszych adresów do wysyłki!
Gratuluję i życzę miłego namydlania :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



