środa, 20 sierpnia 2014

UWAGA! DZIEWCZYNY PRZEJMUJĄ POKŁAD!

Tumblr

Traktujecie mnie jak przyjaciółkę, i tak w ogóle, no... jesteście łaskawe. Więc dziś ja też chcę napisać do Was jak do przyjaciółek. Chcę podziękować Wam, opowiedzieć historię i poprosić o przyjacielską (życzliwą ale szczerą) radę. Jeśli nie chce Ci się czytać, pliska przejdź do rady, bo naprawdę jej potrzebuję!

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję Wam nie tylko za to, że jesteście i czytacie ale przede wszystkim za to, że jesteście aktywnie. Za to, że macie odwagę dzielić się swoimi historiami i punktem widzenia w komentarzach. Za to, co robicie, kiedy uda nam się spotkać - za ciepłe słowa, za opowieści. Za wasze maile, pozytywne komentarze i lajki. Słowem - za wsparcie. Za to że szerujecie moje treści i opowiadacie o moim blogu koleżankom a często i mamom. Tak naprawdę Wasza obecność i Wasz poziom napędzają mnie do prowadzenia tego miejsca. Im więcej zwrotnych informacji tym więcej chce mi się pisać, radzić, dzielić się, polecać. Jestem dumna z tego, że nie muszę moderować komentarzy. Po prostu przez tyle lat, tych negatywnych pojawiło się bardzo niewiele a takich naprawdę chamskich i bolesnych - prawie wcale. To dla mnie szczególnie ważne, bo jestem czującą istotą i dzielę się kawałem swojego życia i prywatności, nie po to jednak, żeby poddać je ocenie ale żeby poprzez analizę własnych sytuacji podzielić się rozwiązaniami, które znajduję dla swoich problemów i dodać mocy tym, które są w podobnej sytuacji oraz nauczyć się wiele od tych, które już je przeszły.

Dziękuję, że jesteście. Wasza obecność i wsparcie są dla mnie wielką wartością.

OSOBISTA HISTORIA O LUBIENIU KOBIET

Pod TYM postem zostałam zapytana:

Jak wyglądają Twoje stosunki z kobietami? Mam na myśli zwykłe relacje. Pytam, bo ja np. jestem dość zblokowana na kobiety, podczas gdy nie mam żadnego problemu z nawiązywaniem relacji z mężczyznami. Zastanawiałaś się kiedyś nad tym? Jestem ciekawa co o tym sądzisz. Czy relacje z kobietami dużo Ci dają? Czy zawsze tak było, czy może musiałaś do nich dojrzeć?
Tak jak mówię, interesuje mnie zwykły kontakt, w ogóle poza jakimkolwiek kontekstem seksualnym. Czy czerpiesz siłę z takich relacji? Co sądzisz o osobach, które mają z tym problem (o przyczynach takiego stanu rzeczy)?


I odpisałam, że chciałabym napisać o tym w poście a nie w komentarzu bo rzecz nie jest taka prosta.

Jestem typem córki rozbójnika. Chyba zawsze byłam. Nie tylko moi znajomi są zaskoczeni, że robię teraz w "próżnej branży". Jako dziewczynka kompletnie nie przykładałam uwagi do swojego ubioru. Mama ubierała mnie często w rzeczy po kuzynie, których szczerze nienawidziłam, ale były przynajmniej wygodne. Podczas kiedy moja młodsza siostra uwielbiała falujące, piękne sukienki, ja budowałam w krzakach bazy, karmiłam kolegów zupami z piasku i obijałam tyłek na rowerze. Miałam fazę na "kocham zwierzęta" i bawiłam się w Kapitana Planetę. Na podwórku byłam samotna, miałam tylko dwie koleżanki i siostrę (mieszkałam w dzielnicy starych ludzi i zarośli) i całe dnie spędzałyśmy na świeżym powietrzu, pedałując co tchu, rysując mapy okolicy na faksowym papierze tatusia i bawiąc się z moim psem. I pies i ja mieliśmy wtedy dużo wolności. Chodziłam na balet, miałam koleżanki, uwielbiałam książki ale niewiele było we mnie z różowej księżniczki. Równie chętnie bawiłam się lalkami Barbie jak i pistoletem kuzyna czy piłką do kosza.

Kiedy podrosłam i pewne wydarzenia w moim życiu poukładały się tak, że się zbuntowałam, miałam z laskami duży problem. Ogólnie nastolatki są niesamowicie egzaltowane i upierdliwe a ja byłam chyba top of the tops jednego i drugiego. Byłam bezczelną, wyszczekaną siksą, niezbyt empatyczną i z różnymi problemami (o których może kiedyś opowiem). Jeśli chodzi o mój bunt uważam, że to był bardzo ważny okres w moim życiu. Nigdy chyba nie byłam tak przerażona ale i taka dzielna jak wtedy. Walczyłam o siebie kłami i pazurami. Podejmowałam ważne ideologiczne decyzje. Wszyscy dookoła uważali, że z tego wyrosnę ale szczęśliwie pracowałam bardzo nad swoimi słabymi stronami ale pilnowałam tego co mi się wtedy w głowie wykluło i nie wyrosłam ze swoich fundamentalnych wartości. Musicie jednak wiedzieć, że byłam bardzo daleka od kochania siebie, swojego ciała, swojego życia, swojej głowy i tym samym od kochania innych kobiet.

Z jednej strony ukochałam sobie superbohaterki. Z drugiej strony mój bunt, choć odbierałam go wtedy jako feministyczny, był totalnie antyfeministyczny. Ubierałam się najgorzej jak tylko mogłam, odejmowałam sobie seksualności, gardziłam wszystkim co babskie (no może byłam na tyle mądra, żeby wiedzieć, że różowy jest w dechę! ;) i myśląc, że mówię o równości, głośno awanturowałam się, żeby mieć prawo robić wszystko tak, jak robią to chłopcy.

Siedziałam jak chłopak - "o nie złociutki, ty wietrzysz ptaszka zajmując dwa siedzenia w autobusie ale ja mam być damą? Fakof!", plułam na chodnik "spierdalaj, ze swoim nie wypada", piłam tyle ile zdołałam (mówiąc szczerze, często więcej niż byłam w stanie), przeklinałam "takiej ładnej dziewczynce nie wypada", miałam ogoloną do skóry głowę "zapuść włosy, szkoda takiej ładnej buzi" i tak dalej i tak dalej. Ten bunt dał mi bardzo dużo swobody i odwagi. Niestety zabrakło mi mądrego wzorca. Kobiety silnej, niezależnej i pięknej ale na SWOICH, KOBIECYCH ZASADACH. Gdybym mogła dać radę nastoletniej sobie powiedziałabym "B. to, że nie chcesz być traktowana gorzej niż chłopcy, nie znaczy, że masz być traktowana IDENTYCZNIE. Kobiety i mężczyźni różnią się od siebie a równość polega na równych szansach i równym prawie do realizowania swoich potrzeb. Możesz mieć wszystko ale nie musisz grać na męskich zasadach, nie musisz wyrzekać się kobiecości. Kobiecość nie jest słaba".

No ale nikt mi tego nie powiedział. Nikt mi nie powiedział, że mogę mieć radość z damskich fatałaszków i dupereli i nie muszę się hejtować za to, że jestem próżna. Nie muszę z pogardą mówić "ja to w ogóle nie lubię kobiet, o wiele lepiej dogaduję się z facetami". Nikt mi nie powiedział, że z kobietami nie muszę rywalizować. Mama wręcz uczyła mnie, że w życiu są koleżanki ale nie ma przyjaciółek bo kobiety zdradzają.

Jako nastolatka miałam jedną przyjaciółkę, jednak była ona bardziej człowiekiem niż kobietą. Wychowywali mnie chłopcy. Byłam dla nich trochę młodszą siostrą, trochę księżniczką a trochę świętą panienką. Ze mną pili i chuliganili. Ze mną łazili na koncerty. Byłam jedyną pełnoprawną członkinią naszej bandy. Reszta dziewczyn była jedynie dziewczynami kumpli - i ja dawałam im to bardzo odczuć. Chłopcy odprowadzali mnie do domu po koncertach, stawiali mi piwo, wysłuchiwali moich zwierzeń i zawsze dla mnie byli. Trochę się we mnie kochali, trochę mnie chronili, trochę przychodzili do mnie po radę. Wiadomo, nie gada się z kumplami o problemach łóżkowych czy złamanych sercach a ze mną było można. Uwielbiałam być królową tej bandy. Nawet na boksie tajskim, na który wtedy chodziłam, moich dwóch kumpli traktowało mnie z pobłażliwością ale dużym szacunkiem, totalnie jak młodsza siostrę. W tamtym czasie bardzo nie lubiłam innych kobiet. Wydawały mi się infantylne, durne, przesłodzone, próżne, nudne. Byłam dla nich koszmarną suką.

Dość szybko los pokarał mnie i karma powróciła. Zbiegiem okoliczności, zamiast mieszkać u kumpla w Warszawie, przestałam dość szybko liczyć na pewnego Warszawiaka, dla którego wróciłam z Anglii i postawiłam na Łodziaka i Kraków. Zachęciła mnie do tego Anna. Jakoś uwierzyłam Annie. Potem trafiłam do szkoły związanej z modą więc sami geje i laski. Nie było wcale strasznie, poznałam kilka fajnych dziewczyn. Jedna z nich nie lubiła lasek równie mocno co ja. Od razu się dogadałyśmy zakładając lożę szyderców. Z przerażeniem odkryłam, że odkąd mam faceta i nie mam przy sobie chłopców, z którymi się wychowywałam, każdy kolejny facet, chce randkować, a jak dostaje kosza, nie ma ochoty na dalszą znajomość. Ci zajęci (nie chcieliby randkować) nie byli w ogóle zainteresowani przyjaźnią z dziewczyną. Zostałam na lodzie. Zostałam bez kumpli. Poniosłam kilka prób zakumplowania się, jednak z męskiej strony zawsze chodziło o coś więcej. Trafiłam na jogę do bardzo charyzmatycznej Justyny Stoszek. Nie wszyscy Justynę lubią, jest bardzo mocną osobowością ale mi bardzo się spodobała. To kobieta mocna i silna ale właśnie kobieca w pełni. Gdybym miała opisać Justynę powiedziałabym "intuicja, sny, wilki, mech, piasek, gwiazdy, trawa, seks, sen, sierść". To taka dzika kobieta, rozumiecie? Na jodze? Prawie same kobiety. Zaczęłam pisać w... kobiecej (a jakże!) grupie pisarskiej. no i po prostu w kobiety wsiąkłam. Potem jeszcze były Latające Kręgi organizowane przez Agatę Dutkowską. Ta to dopiero umie wykreować wokół siebie energię! Zaczęłam spotykać kobiety mądre. Inteligentne. Czułe. Delikatne. Stanowcze. Ostre. Im bardziej wchodziłam na ścieżkę samorozwoju, tym lepiej rozróżniałam fajne kobiety od niefajnych. Niefajne kobiety spotykałam przy innych okazjach. Często były krytyczne, zrzędzące, apodyktyczne albo płaczliwe i bezradne. Jednak szala tych mądrych, ciepłych i fajnych kobiet przeważyła. To właśnie od nich nauczyłam się jak zajmować się swoim ciałem, jak machać ręką na problemy z facetami, to one pomogły mi w trudnych chwilach. Aha... w pracy też mam same kobiety, wspominałam? ;) Od kobiet dostaję to, czego od mężczyzn nigdy nie dostanę. Są jak siostry i jak matki. Pokazują mi drogę bo same nią szły. Choćby ostatni Latający Dywan, ich doświadczenia, ich przeżycia, ich słowa otuchy dla mnie. Jest takie miejsce gdzie faceci nie mają dostępu. Kobiece rozmowy o ich ciałach, dzieciach, marzeniach, mężczyznach, żarty z seksu, jest w kobiecym gronie coś, czego faceci nigdy nam nie dadzą. Oczywiście, mężczyźni dadzą nam to, czego nie dadzą kobiety - i strasznie za facetami tęsknię. Musi być równowaga.

Patrząc na siebie mogę wysnuć tezę, że z kobietami ma się problem, kiedy problem ma się z kobietą w sobie. Kiedy problem ma się ze swoją mamą bardziej niż z ojcem. Kiedy jest się córeczką tatusia. Kiedy bardziej zależy Ci na aprobacie mężczyzn niż kobiet. Zakładając, że w każdym z nas jest i mężczyzna i kobieta, bardzo niekorzystne dla Ciebie jest, żebyś będąc kobietą, kobietę w sobie lekceważyła i nie trzymała z nią sztamy. Nie ma nic gorszego w ustach kobiety niż tekst "ja to kobiet nie lubię, lepiej dogaduję się z facetami, od zawsze jestem w męskim gronie". Serio? Wbij się w garnitur i wsadź cygaro w zęby a potem nie zapomnij o polowaniu i whisky w salonie pełnym książek. Fujfuj! Warto odnaleźć kobietę w sobie i pogodzić się z nią. Poznać ją i zintegrować męską i żeńską część siebie.

Tak wiem, to nie jest łatwe. A jednak jak masz zdobywać świat, nie imituj facetów! Zrób to po swojemu. Nie udając, że po drodze nie urodzisz dzieci, że nie masz okresu, cyklu hormonalnego, że nie jesteś zmysłową istotą. Facet w nas, ten kolo, też jest ważny. Ok, niektórym laskom brakuje chyba włączenia w siebie tych męskich cech. A jest z czego korzystać. Bo będąc kobietami możemy być konkretne, asertywne, skupione na swoich celach, ekspansywne, zdecydowane, silne. Ideałem jednak jest połączyć w sobie i panią facetkę i pana faceta. Wtedy jest szansa, że inne kobiety przestaną nas drażnić. Ba! Zaczniemy je lubić! Zaczniemy się od nich uczyć i od nich brać. A one mają co dać!

P.S A ja teraz jadę ultrabonusem i kiedy opanowałam już wersję basic, cisnę z wersją z dodatkiem związkowym. Otóż jak lubię siebie silną i konkretną tak okazało się, że nie do końca się da być zimną sekutnicą a wymagać od faceta, żeby był jeszcze silniejszy i mądrzejszy i bardziej opiekuńczy. Jak kiedyś nienawidziłam kobiet i musiałam się nauczyć, tak teraz mam dreszcze i wysypkę, i uczę się hierarchii w związku. I tego, że nie mogę być wyżej a potem wymagać ochrony i otulenia. I że albo rybki albo pipki. I że związek z mężczyzną prawdopodobnie jest dla mnie miejscem gdzie mogę być miękka, bezbronna i taka, że jak o tym myślę to mam sama sobie ochotę dać liścia bo takiej siebie jeszcze nie akceptuję poza "czterema ścianami mojej własnej skóry".



 DZIEWCZYNY PRZEJMUJĄ POKŁAD! PROŚBA!

Tumblr

Na samym początku mój blog miał być anonimowy i tylko kulinarny. Suche przepisy, suche fakty. Ale że kocham pisać, zaczęłam pisać. A potem były zdjęcia. A potem były inne tematy niż kulinarne. A teraz... mój kulinarny, anonimowy blog dla wszystkich, stał się bardzo kobiecym blogiem, który dużo tematów porusza z kobiecej perspektywy. Walczyłam z tym, zmuszałam się do pisania o jedzeniu częściej niż bym chciała, starałam się wrzucać też treści dla facetów a jednak... ciągnie wilka do lasu. Chcę pisać dla kobiet. Chcę zamienić ten blog w miejsce kobiecego powera. Siły, która pomaga rozwinąć skrzydła. Dlatego bo mam niedosyt takich miejsc a jednocześnie bo w moim życiu są kobiety, które mi to dają. A ja chcę dawać to dalej. Bałam się tego, że będę odebrana jako banalna albo natchniona. Ale chyba nie mogę ukrywać, że w stronę rozwoju osobistego ciągnie mnie najmocniej. Chcę żeby to miejsce było totalnie moje, jeszcze bardziej lajfstajlowe, choć startowałam spod bandery "kocham zwierzęta i jeść trawę". Nie przestanę dla Was gotować. Nie przestanę pisać o ekologii, przyrodzie, weganizmie. A jednak na blogu szykują się duże zmiany. Łącząc podziękowania z prośbą o radę:

PISZĘ DLA WAS. CIESZY MNIE, ŻE JESTEŚCIE. CZY DAJECIE MI ZIELONE ŚWIATŁO DLA TEJ ZMIANY? CZY ONA JEST WAM NA RĘKĘ? 

Co bierzecie ode mnie? Od  MTP? Czy moja droga krzyżuje się jakoś z Waszymi?

Dajcie znać. Nie bądźcie flądry!

Z morskim pozdrowieniem

B.

wtorek, 19 sierpnia 2014

CELEBRUJ! czyli ŻYCIOWY DOBROSTAN ZA FREE.



Dobre życie. Zamknij oczy i powiedz to sobie w myślach albo głośno. Powolutku. DOBRE ŻYCIE. Kropka.

Co się pojawia? Większość z nas ma to "ah, żeby tak odeszły troski dnia codziennego". Niezapłacone rachunki, raty kredytu, problemy rodzinne czy zdrowotne. Błahe rzeczy do załatwienia, które skumulowane, uwierają. No dobrze. A teraz wdech i... jeszcze raz...

DOBRE ŻYCIE.

Bardzo często wydaje się nam, że żeby żyć dobrze trzeba mieć dużo pieniędzy. Myślę, że pieniądze mało kiedy przeszkadzają. Dobrze jest mieć pieniądze. Ale pieniądze nie kupują automatycznie dobrego życia. Radość - kupuje. Ludzie mają różne temperamenty - niektórzy są w stanie ignorować złe wiadomości. Ja do nich nie należę. Dlatego złych wiadomości unikam lub ciężko pracuję nad swoim pozytywnym nastawieniem. Dopiero kiedy obezwładnię lęki, czuję się czysta, nie umiem puścić ich bokiem - jeśli Ty umiesz, tym lepiej dla Ciebie. Napracujesz się zdecydowanie mniej niż ja :) Ale dalej, to, że nie stresujesz się i nie uprawiasz czarnowidztwa, nie oznacza jeszcze, że żyjesz dobrze. Dobre życie to radość a radość można wyćwiczyć. Trzeba nauczyć się dostrzegać. Jeśli interesują Was moje sposoby, powiadomcie mnie, a zapiszę temat "do rozwinięcia" w moim czerwonym kajecie. Tymczasem jednak, chce pogadać o CELEBROWANIU.

A najpierw - o zabawie. Jak się bawicie? Pytam serio. Wiele osób bawi się jedząc lub przy alkoholu/dragach. Wliczam tu wszystko, grilla ze znajomymi, winko z przyjaciółkami czy dwudniową imprezę. Nie pytam o to jak wypoczywacie. Nie pytam dziś o książki ani o leżenie pod kocykiem z kotem i herbatką. Pamiętasz jak bawiłaś się, kiedy byłaś dzieckiem? Prawdopodobnie bardzo dużo się ruszałaś (i jeśli znalazłaś w dorosłym życiu sport, który kochasz, potrafisz się bawić nadal) albo wchodziłaś w role. Cokolwiek byś nie robiła - robiłaś to z pełnym zaangażowaniem i aktywnie uczestnicząc. Jasne, oglądało się bajki i słuchało rodziców, którzy czytali książkę - ale to nie była zabawa, prawda? Wiele z nas tęskni za dzieciństwem a nie zdajemy sobie sprawy, że spełniając kryteria dziecięcej zabawy, ale już przekładając je na coś "w dorosłych butach" mogłoby prawdziwie wypocząć i w dodatku zakotwiczyć sobie taki moment w pamięci. Obiecuję, że jeśli będziesz bawić się tak jak za dzieciaka - czas nie będzie przelatywał Ci przez palce.

CELEBRUJ

Dla mnie, elementem Dobrego Życia jest jego celebracja. Niezależnie czy są to małe rytuały (codziennie przed snem czytam ulubioną gazetę) czy większe "zabawy". Ilekroć marzymy o okazjach, które nigdy nie nadchodzą. Chciałabym być na romantycznej randce (pal licho, może nawet z mężem, którego mam od X czasu - a może właśnie przede wszystkim z nim?) chciałabym założyć te cholerne szpilki, które kupiłam a lezą w szafie bo jednak wygodniej na płaskim, chciałabym pokombinować z makijażem, chciałabym podyskutować o książkach i filozofii ale koleżanki tylko o lakierach, mamo, mamoooo ratuuuj! Jaka rada? ZRÓB TO. Jednym z sekretów fajnego życia, życia, które dobrze czuć od wewnątrz, a nie takiego, które wygląda dobrze tylko na insta jest robienie fajnych rzeczy z fajnymi ludźmi a nie zapisywanie inspirujących zdjęć "na świętego nigdy".

Chcę dać Wam przykłady takiej celebracji, dla mnie były one niezmiernie przyjemne. Wszystkie były relatywnie tanie. Każdy jeden sprawił, że czułam się szczęściarą większa niż Kim Kardashian kiedy oświadczył jej się Kanye West (bo chyba się oświadczył, prawda?).

1 JA



Celebruję się na różne sposoby. Czasem na przykład zabieram się na randki. Zabieranie się na randki daje tyle samo dobrego co masturbacja. Upsi! Mam na myśli fakt, że uczymy się swoich potrzeb. Jak znam swoje potrzeby i uczę się ich zaspokajać, mogę potem powiedzieć innym. A jak inny się nie domyśla, mogę sprawić sobie radość sama. Zabieram się na różne randki ale na ostatniej byłam w restauracji. Zamówiłam sobie pyszne, wegetariańskie sushi. Był to luksus bo ok, sushi nie jest tanie, ale wydatek nie przekroczył tez dwóch piwek na mieście poza tym... randka! Chciałam zrobić na sobie jak najlepsze wrażenie ;) Poszłam do restauracji sama, wyciszyłam telefon, odłożyłam wszystkie bambetle i bardzo powoli i z namaszczeniem zjadłam swoją porcję. Było mi absolutnie dobrze!

Innego dnia, spakowałam ulubioną gazetę, koc i pojechałam sama wylegiwać się nad Wisłą. Jechałam rowerem, nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Pobyłam sobie sama, zjadłam pyszną kanapkę, która zrobiłam sobie w domu i było mi bardzo miło.

2 INNI



A tak, randkuję też z innymi. Czasem wrzucam temat Surferowi i robimy randkę tematyczną. To jest proste. Mówię mu "kochanie, chciałabym ubrać się dziś elegancko. I chcę żebyś też się ubrał elegancko. I idziemy na randkę" i to działa i jest świetne. Chodzę też na randki z przyjaciółką. Mówimy sobie np "dziś śniadanie francuskie" i z tej okazji zabawiamy się w Paryżanki. Albo "jest zima i idziemy na grzane wino, zakładaj grube kolanówki, żadnych knajp, tylko spacer po Rynku". Albo "wyjeżdżamy do Lanckorony, jesteśmy hippiskami". Całe się przebieramy od stóp do głów, łazimy po jakiś chaszczach, obżeramy się pierogami, snujemy opowieści o tym jak będziemy żyć z lepienia garnków a nasi mężczyźni będą rąbać drewno na ganku. Może wydać się Wam to niesamowicie infantylne ale spróbujcie a potem oceniajcie. To jest nieziemsko przyjemne tak oderwać się na chwilę i w pełnym rynsztunku wskoczyć na chwilę w inną konwencję.

3 WYDARZENIA.

Ostatnio dostałam zaproszenie. Pozwolę skopiowac sobie jego treść:

Kobiecy rytuał. Święto. Celebracja.

Tym razem w ogrodzie w blasku świec.

W natłoku pracy, stresu, nauki, zamętu Dywan jest oazą, w której świętuje się to, co piękne i dobre. Ładuje się baterie na cały miesiąc. Niezwykłe wydarzenie. Regeneracja zmysłów.

Latający Dywan wygląda tak:

1. Rytuał zaczyna się od przygotowania w domu. Ubierz się w coś, w czym będziesz czuła się wyjątkowo. Specjalnie na tą okazję. Załóż coś pięknego - to może być ulubiona sukienka albo naszyjnik, który zazwyczaj leży w szufladzie. Spryskaj się ulubionym zapachem.

2. Przynieś ze sobą albo coś słodkiego (preferowane są zdrowe i proste słodkości - owoce - świeże i kandyzowane, orzechy, chałwa) albo kwiaty albo świecę.

3. Przyjdź punktualnie na ulicę #### o godz 19:00. Idąc na Latający Dywan staraj się dostroić do nastroju tego wydarzenia.

4. Będziemy siedziały w kręgu w ogrodzie. Będzie herbata i słodycze. W święto wplecione zostaną małe rytuały - turecka woda cytrynowa będzie służyła do natarcia rąk, a indiański 'beauty report' posłuży nam za wzór opowieści. Będziemy dzielić się historiami. Będziesz mogła mówić, albo tylko słuchać. Będziemy mówić o tym, co ostatnio pięknego usłyszałyśmy, przeczytałyśmy, przeżyłyśmy. Słowa będą niespieszne. Napięcia będą znikały.

Do zobaczenia na Latającym Dywanie


Jestem ostatnio turbozestresowana i bardzo potrzebowałam polecieć, odrealnić się, przeżyć coś innego. To było wspaniałe! Wróciłam z pracy do domu, wzięłam prysznic, nasmarowałam się olejem kokosowym, baaardzo powoli. Na tę okazję, uznałam, że zaszaleję ze strojem (bo jak teraz nie zaszaleję i później nie zaszaleję to kolejna okazja dopiero w trumnie!) pożyczyłam więc od znajomych wianek. Kupiłam wiązankę kwiatów i wyruszyłam do Ogrodu a pech chciał, że lało jak kurwa mać, więc musiałyśmy schronić się wewnątrz ;)




Liczyłam na lampiony i świerszcze w trawie a tymczasem był deszcz stukający o parapet ale dom był piękny, gospodyni wspaniała i uczestniczki również. Były świeże kwiaty i czekolada, były nektarynki i brzoskwinie, orzeszki pistacjowe, herbata parująca z dzbanków. Były bakalie, cytrusowy olejek do obmywania dłoni. Były poduchy i światełka. Kobiety w różnym wieku. Bardzo ciekawe. Pilotka wycieczek, mama czwórki dzieci, dziewczyna, która robi witraże, szamanka... Znałam dobrze tylko jedną z nich, reszta była obca a jednak rozmawiałyśmy i rozmawiałyśmy. Wymieniałyśmy się refleksjami, lękami, pomysłami. 

Powiedzcie, jak często prowadzicie takie rozmowy? Ja miałam ich niedosyt pomiędzy gadkami o pogodzie i dupie maryni. Dla mnie ten wieczór był cudny!


Przejmij inicjatywę! Zorganizuj urodziny swojego kota z obciachowymi koreczkami. Niech pokój będzie wystrojony a każdy przyniesie kotu prezent. Twoje dziecko, jest szansa, że to pokocha. Jak nie masz osobnego, z pewnością ucieszysz to wewnętrzne :) Zrób piknik na ławce w parku. Święto dyniowego placka albo szarlotki, otwierające jesienny sezon, coroczne gotowanie risotto z kurkami!

Możliwości są tysiące. Nie chcę słuchać, że nie masz czasu. Niektóre z uczestniczek Latającego Dywanu przybyły spoza Krakowa. Jeśli zaprosisz ludzi na imprezę w stylu "gadamy tylko o teatrze i filozofii" i zaangażujesz ich w przygotowania, oni w to pójdą, jeśli to jest tez ich zainteresowanie. Może kreowanie takiej przestrzeni jest dobre, może wokół siebie masz mega ciekawe osoby, tylko wydaje się, że nie ma okazji? Nie spodziewaj się, że ktoś wypali z grubej rury przy ekspresie do kawy w pracy "Wiesz... co do tej koncepcji Junga...".

Daję Ci dwa tygodnie! W ciągu tych dwóch tygodni uroczyście celebruj dowolne wydarzenie. Choćby w pojedynkę. Zapisz sobie ten pomysł w zeszycie. Spróbuj. Nie musisz mi opowiadać, ale jeśli to zadziała i dla Ciebie, zawsze chętnie przeczytam maila w tej sprawie albo komentarz. Ostatecznie im więcej inspiracji do przeżywania radości tym lepiej. Skoro życie nie czeka, nie czekajmy też. Ta okazja do radości, jest właśnie teraz :)

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Seksualność i świadomość dojrzałego ciała.

Źródło zdjęcia: The burning lotus


 
Źródło zdjęcia: The burning lotus





JEŚLI NIE MASZ 18 LAT LUB NIE CHCESZ CZYTAĆ O CZYMKOLWIEK ZWIĄZANYM Z SEKSUALNOŚCIĄ, TEN POST NIE JEST DLA CIEBIE!

Byliśmy dziś z S. na rowerach i zdziwiło nas jak przejmująco chłodne jest powietrze. Jego zimne podmuchy smagały nasze policzki i szarpały kosmyki włosów, suche liście szeleściły na drzewach, całkiem jakby plotkowały o końcówce lata, która rychło ma nadejść. Ale jak to? Dopiero co przecież czekałam na wiosnę! Na pierwsze zielone listki. Dopiero co złamałam rękę na stoku, dopiero co piknikowaliśmy! A co z grillem, na którym mieliśmy być? A co z wakacjami nad morzem? A co z opalenizną? W zeszłym roku dni jakby się mnożyły. Oh ile było wycieczek, oh ile kąpieli w jeziorze. A tu nagle, ten wiatr, te liście, taki oddech nadchodzącej zmiany...

Pozwólcie, że porównam to do ciała. Niby banalnie ale tylko w wypracowaniu, bo nie w życiu, prawda? A jednak. Łapię się na przemijaniu. Kiedy z przyjaciółką z dzieciństwa plotkujemy o zaręczynach i dzieciach a ona mówi "ale gadamy jak stare baby" po czym uświadamiamy sobie, że nasze matki w tym wieku były już dawno mężatkami i miały dzieci. Albo kiedy moje równolatki, kumpele od pierwszych fajek, pytają nagle jakiej najlepiej używać farby bo siwych włosów nagle dużo. Kiedy widzę, że zmarszczka, która robi mi się od marszczenia czoła nie znika już od razu po tym jak przestaję je marszczyć ale chwilę trwa zanim się rozprasuje... Rozmawiałam dziś z Surferem o dojrzałości, o tym na ile lat się czujemy i o dzieciach. Fajna to była rozmowa. Uznaliśmy, że dzieci to nie ten moment i że jeszcze przydałoby się zrobić tyle rzeczy zanim. Że czujemy się młodo w stosunku do tego gdzie jesteśmy. Że o-ooł a co jeśli powinniśmy życiowo być gdzieś dalej a ciągle uważamy, że mamy 23 lata? To była taka luźna rozmowa a jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten czas kiedy będę po trzydziestce, nastanie szybciej niż myślę, coś jak ta jesień i mimo, że myślę czasem o tym, jednak mnie zaskoczy.

Może mogłabym zacząć to co chcę napisać, od narzekania na pornografię. Ale czułam, że chcę opowiedzieć o tym inaczej, właśnie tak jak zaczęłam. Nie chcę mówić nawet o erotyce jako takiej. Chciałabym powiedzieć o ciele. Wiem, że zaglądają tu również koleżanki mojej mamy. Zawsze zadziwia mnie co znajdują tu dla siebie, jestem ciekawa co pomyślą o dzisiejszym poście. Sama mam bardzo mieszane uczucia, a mieszane uczucia są zawsze cudowną oznaką, że coś dźga moją strefę komfortu, utarty sposób postrzegania, że warto się nad tym zastanowić i zagłębić temat, nawet po to, żeby go potem odrzucić. Więc żeby trochę zagęścić akcję - nie do końca rozumiem pokazywanie swojego nagiego ciała w internecie. Potrzeby dzielenia się swoimi intymnymi miejscami z obcymi na masową skalę. Delikatny opór obudziła we mnie myśl, że może moja mama miałaby taką potrzebę autoekspresji. Pozostawiam jednak te wątpliwości, samą myśl o nagości w internecie, na inną okazję. Dziś chcę pogadać o ciele i o dyktaturze photoshopa i młodości, ale wcale nie w reklamach.

Uczynię teraz osobiste wyznanie. Większość moich partnerów seksualnych mówi mi, że to dla nich niesamowite, jak pogodzona wydaję się być z własnym ciałem. Nie myślałabym o tym nigdy, gdyby nie to, że słyszałam to wielokrotnie i to z wyrazem jakiegoś takiego zdziwienia ale też radości i podziwu. Czytam też często o tym, jak wiele ludzie mają problemów uznając seks za brudny, grzeszny, odczuwając z jego powodu wyrzuty sumienia, traktując go kompulsywnie. Kobiety w dodatku są ponoć zablokowane i w łóżku, bardziej niż o swojej przyjemności, myślą czy wyglądają ładnie. Muszę przyznać, że jestem z moim ciałem w bardzo dobrej komitywie. Nie dlatego, że bardzo mi się podoba, że jestem narcyzką (a, sorry, nie mogłam się powstrzymać) ani, że jestem bardzo pewna siebie. Traktuję swoje ciało naturalnie. Podobnie traktuje je moja siostra. Żadna z nas nie ma problemu, żeby rozebrać się przed drugą, ja nie mam problemu z opalaniem się topless na plaży, kiedy czasem obie jesteśmy w rodzinnym domu, również widok mamy, rozebranej, kiedy idzie z łazienki do sypialni - nie jest niczym nienormalnym. Nie uważam za naszego domu za wyuzdany, nikt nie rozjaśniał nam jakoś szczególnie spraw związanych z seksem, za to nagość mojej matki wydawała mi się zawsze bardzo naturalna i zbawienna. Lubiłam ten stan "łazienki pełnej kobiet" kiedy jedna z nas brała prysznic, inna właśnie się balsamowała, a trzecia w międzyczasie wpadała do łazienki z okrzykiem "serio, muszę, bo się posikam!". Pamiętam też, że od dziecka bardzo interesowało mnie ciało. Lubiłam przykładać ucho do brzucha mamy i słuchać jego szumu, lubiłam pytać o wszystko co było związane z fizjologią i tak np już jako dziewczynka dowiedziałam się:

- że wargi sromowe mniejsze zazwyczaj są większe i to normalne. Że mogą mieć różne kolory, nawet ciemne i to jest normalne.

- że na brzuchu skóra robi się luźniejsza po ciąży

- że sutki po ciąży mogą ściemnieć

- że włosy łonowe będą kiedyś siwe

- i pamiętam jak znalazłam kiedyś jakieś nieprzyzwoite gazetki z gołymi babami i chodziłam jak struta kilka dni. Dwie rzeczy bardzo mnie zasmucały ale byłam zbyt zawstydzona by komukolwiek o tym opowiedzieć. W końcu moja mama, zaniepokojona zamknięciem się w sobie, rozgadanego dzieciaka, zaczęła drążyć. Jakież musiało być jej zdziwienie, kiedy odkryła, że powodem mojego zamyślenia jest wewnętrzne trawienie dwóch kwestii. Pierwsza martwiła mnie tylko trochę "mamo... a czemu ta pani dotykała ustami siusiaka tego pana, ofuj no". Moja mama wyjaśniła mi wtedy (i myślę, że zrobiła to pięknie, bo wątpliwości natychmiast mnie opuściły, a jednocześnie nadal uważałam, że to ohyda... no ale może równie duża co zdechła, rozjechana żaba), że jak się jest dorosłym i się kogoś kocha, ale tak naprawdę bardzo, to nie ma brzydkich i ohydnych miejsc na ciele drugiej osoby i że tak powinno być i nie ma w tym nic złego. Druga sprawa jednak była o wiele bardziej wstydliwa i traumiąca... otóż... dziecko ze łzami w oczach wyznało rodzicielce "mamo... ale jak już będę duża, ja nie chcę mieć BLOND włosów TAM!" :) Moja mama prawie się posikała ze śmiechu i wyjaśniła, że włosy łonowe, rosną w takim samym kolorze na dole co na górze więc luz bluz i bąbelki (od tamtego czasu poprzysięgłam sobie unikać ludzi o blond włosach :D

Pamiętam też, że jako dziecko chodziłam z rodzicami na basem i pod prysznicami, wszystkie starsze panie, ściągały bez zażenowania stroje i zmywały z siebie chlorowaną wodę. Jako nastolatkę mnie to obrzydzało. Wydawało mi się, że ich wielkie, obwisłe cycki i zarośnięte pachy atakują moje oczy i powinny zostać za to ukarane mandatem. Dziś jestem wdzięczna i właściwie żałuję, że nie ma czegoś takiego jak łaźnie, gdzie kobiety o przeróżnych kształtach, w różnym wieku, mogłyby swobodnie i nago koegzystować, dzięki czemu obraz starszego ciała lub ciała po chorobie nie byłby jakiś dziwny, niespotykany czy drastyczny. Jestem wdzięczna za wychowanie w takim klimacie mojej matce, gdyby nie ona, może nie miałabym pojęcia o swoim ciele, bałabym się go, nie akceptowała lub nie rozumiała zmian, jakie w nim zachodzą. Nawet teraz, raczy mnie opowieściami "z fronu" i niektóre mnie zawodzą. Moja mama bardzo dużo ćwiczy i wygląda świetnie a jednak mówi "wiesz córeczko, z wiekiem nagle jest inaczej, niby są mięśnie, wyglądam lepiej niż równolatki, ważę tyle co zawsze ale nagle proporcje już nie te. Tu ubywa, tam przybywa, co to się nie dzieje...". A chciałabym wierzyć, że skoro tyle się rusza, to zostanie młoda na zawsze? Jednak to cenna wiedza. Wiem czego się spodziewać. To moja mama i jej doświadczenie a nie 40 latka udająca 70 latkę w reklamie Loreala.

Dlatego kiedy zobaczyłam THE BURNING LOTUS ucieszyłam się. Te autoportrety, 54 letniej kobiety nie podniecają mnie ale je doceniam. Nie bo zdjęcia są dobre. W sumie, wcale nie są. Doceniam je bo zachwyca mnie odwaga z jaką ona siebie i swoją seksualność przeżywa. Doceniam je bo te obwisłe piersi, rozstępy, naturalnie siwe włosy, plamy na łydkach a jednocześnie głęboka samoświadomość i radość z posiadania ciała. Autorka zdjęć ćwiczy i to od dziecka - i to widać. A jednak widać też czas, który upłynął od jej młodości. Trenuje nadal, aktualnie podnoszenie ciężarów, była też nauczycielką jogi. Odpowiada też na pytanie "jak będziesz wyglądała na starość z tatuażami". 54 lata to nie starość ale i nie młodość już. A bohaterka dzisiejszego wpisu na pierwszy tatuaż zdecydowała się w wieku 37 lat. był to jej urodzinowy prezent. Podoba mi się, że zdjęcia nie są wyretuszowane. Podoba mi się, że bardziej niż erotyczne nastroje, oddaje o fotografce i modelce pewną prawdę, prawdę mówiącą o tym, jak lubi swoje ciało. Jak akceptuje je bez zająknięcia. Bez próby udawania, że jest inne niż jest. Jest w tym wiele godności i piękna. Tak, bardzo podobają mi się te zdjęcia bo są autentyczne i bo dają przyzwolenie na seksualność kobietom, którym mówi się, że powinny nią już nie emanować. Powinny ją ukryć lub zgasić, bo to w złym guście. Podczas gdy mężczyźni odtańcowują ostatnie podrygi zdechłej ostrygi, prowadzając się z młodszymi kochankami (nawet jeśli ocenia się ich żartobliwie, to jednak łagodnie - jak choćby Hiu Hefnera) kobiety powinny zniknąć. Albo jeśli są akurat Madonną, powinny koniecznie wejść w kanon męskiego zachowania (i prowadzać się z młodymi kochankami) ale ciągle starać się pokonac grawitację, czas i cały świat, używając maksymalnej ilości fotoszopa. Sprzedając złudzenie "mogę być starsza i mogą być bardziej hot, niż moja córka".

Wybieram Burning Lotus. Ona jest seksualna w sposób, który jej odpowiada. Definiuje seksualność sama przez siebie, nie przez afiszowanie się ze zdobyczą seksualną. Jest odważna. Jest surowa. Jest prawdziwa. I jest w tym wszystkim bardzo inspirująca. Mi, jako młodej dziewczynie daje poczucie ciągłości. Tego, że wiem jak sprawy mają się dalej. Jak mogą się mieć. Że kiedy opuszczę krainę wiecznej jędrności i powabności, nie zniknę. Będę dalej istnieć i jeśli tylko będę miała na to ochotę i siłę - będę istnieć na swoich własnych zasadach.

Co myślicie? Podzielcie się ze mną.

sobota, 16 sierpnia 2014

Lodowy shake truskawkowo kokosowy.



W upalne, letnie dni lubię zjeść coś chłodnego i orzeźwiającego. Odkąd odkochałam się w nabiale, bez problemu zastępuję sobie kupne słodkości zdrowymi alternatywami. Właściwie z miłośniczki lodów stałam się osobą całkowicie usatysfakcjonowaną mrożonymi owocami i deserami na ich bazie. Kiedy czasem próbuję zjeść tradycyjnego loda wydaje mi się niesamowicie zamulający jeśli wiecie co mam na myśli. Do tego szejka używam pachnącego, nierafinowanego oleju kokosowego. Olej kokosowy ma jednak to do siebie, że w temperaturze pokojowej ma postać raczej stałą więc miksowany z zimnym szejkiem nie rozpuści się ale zostaje w formie grudek. Ja bardzo lubię ich woskową konsystencję, kiedy rozpływa się na moim języku uwalniając kokosowy aromat, ale może jestem zboczona. Jeśli nie chcesz, nie musisz dodawać oleju i możesz pozostać przy płatkach lub wiórkach. Ja zdecydowanie wolę płatki, są chrupiące i bardziej satysfakcjonujące niż miałkie wiórki.

Banany do przygotowania tego deseru trzymam w lodówce za to truskawki muszą być zamrożone. Oczywiście możesz też użyć jagód, malin itp.


Do mojego szejka użyłam dwóch bananów i dwóch garści truskawek. Łyżeczki oleju kokosowego i płatków tyle by przyozdobić powierzchnię. Tyle składników daje dwie szklanki szejka. Dodaję też wody wedle uznania. Raczej nie więcej niż pół filiżanki. Zmrożone truskawki i schłodzone banany tworzą coś na kształt płynnego, kremowego sorbetu. Wystarczy całość miksować blenderem aż do uzyskania gładkiej konsystencji. Zjadam ten deser łyżką zaraz po zrobieniu. W wolne, gorące dni jest moim śniadaniem bo mój brzuch nie domaga się na pobudkę niczego rozgrzewającego - rekomenduję go jednak również jako deser :) Niesamowite jak kilkuskładnikowe, proste przepisy mogą być satysfakcjonujące. Zakochana jestem ostatnio w prostych smakach.

wtorek, 12 sierpnia 2014

MORSKI SPRAY DO WŁOSÓW DIY




Nadal testując różnorakie kosmetyki naturalne, wymyślam lub podpatruję własne receptury i odpowiedniki sklepowych mazideł. A to dlatego, że są tańsze, niejednokrotnie tak samo skuteczne, pozbawione składników, których nie chcę, no i mam w kuchni praktycznie wszystko czego mi potrzeba, żeby coś zmontować. Ostatnio na tapecie są spraye do włosów. Próbowałam rozjaśniających (niestety moje włosy słabo reagują na promienie słoneczne, dużo szybciej rozjaśniają się i tak już prawie białe włosy Surfera) a ostatnio ukręciłam po prostu słoneczny, wakacyjny, surferski, plażowy "sea salt spray". W internecie znajdziecie dużo przepisów i część rekomenduje dodanie cynamonu - co oczywiście skutkuje totalnym zapchaniem dozownika - nigdy tego nie róbcie ;) Jeśli tak jak mi, marzy Wam się urlop nad morzem a tymczasem nic tylko rzeki i jeziorka, być może ten prosty kosmetyk przypadnie Wam do gustu.



POTRZEBUJESZ:

- butelki z rozpylaczem (ja użyłam butelki właśnie po wodzie morskiej, którą kupiłam lata temu)
- herbatki rumiankowej - rumianek nadaje włosom złotych refleksów, jeśli nie chcesz rozjaśniać - użyj lepiej po prostu wody lub hydrolatu, możesz użyć wody różanej dla ładnego zapachu
- płaskiej łyżeczki oleju kokosowego - olej kokosowy zawiera naturalfny filtr spf, nawilży włosy i zminimalizuje niezbyt upiększające działanie soli - ja używam pachnącego kokosowego oleju
- pół łyżeczki/łyżeczki soli morskiej (to właśnie ona odpowiada za skręt włosów i ich szorstką fakturę)
- dwóch łyżek stołowych soku z cytryny - rozjaśnia włosy
- łyżeczki miodu - miód zarówno rozjaśnia włosy jak i zmiękcza - w wersji wegańskiej można go pominąć a dodać jeszcze odrobinę kokosowego olejku

1 Zaparz rumianek.

2 Kiedy herbatka trochę ostygnie dodaj soli, oleju kokosowego, soku z cytryny i miodu.

3 Wymieszaj.

4 Za pomocą lejka przelej do butelki, wstrząśnij i gotowe!

Taki spray wytrzymuje kilka dni. Tak naprawdę póki nie pachnie podejrzanie można go używać. Można trzymać w lodówce (wtedy zanim olej kokosowy znów się rozpuści, potrwa chwilę) a jeśli robisz go na wodzie, wytrzyma dłużej. Z tego też powodu radzę użyć małej buteleczki. Moja ma 75ml i mogłabym wypsikać wszystkich znajomych dookoła :)

A oto efekt:




P.S Tak, wiem że zrobiłam literówkę w adresie. Oh well ;)