niedziela, 12 maja 2013

Lookbook 2012 Urban Flavours & Mishka

Taka jestem groźna, że potrafię pokazać brzydki palec. Dwa!

Skoro i tak odbiegłam już od tematyki kulinarnej (choć na pocieszenie powiem, że testuję nowe przepisy i jak tylko się uda powrócę, jeśli nie z przepisami to z pomysłami na jadłospisy) to chciałam Wam pokazać zdjęcia jakie zmontowaliśmy z MERSEM dla Urban Flavours i Mishki zeszłej jesieni.

Właściwie od czasów focenia z Muszką ciężko mnie było namówić na zdjęcia, może dlatego, że nie mam żadnych aspiracji do bycia tap madl, może dlatego, że bardzo zdziczałam i dziwnie się czuję strojąc miny, a jak się człowiek dziwnie czuje to i wygląda jakby kij połknął? W każdym razie kolabo UF i Mishki było dostatecznie dobrym powodem, żeby jednak się przełamać. Niebawem czeka pewnie kolejna sesja FARTUSZKOWA a na zdjęcia "na blacharę" też dam się znów skusić ale tylko kiedy M. załatwi odpowiedni model samochodu ;)

Tak czy inaczej, jeśli jesteście starymi podglądaczami, rzucam na pożarcie...













Malowała: KATE DI

sobota, 11 maja 2013

Krakówek ah Krakówek...

















Jak polskim sportem narodowym jest narzekanie, tak moją ulubioną jego dziedziną (zaraz po narzekaniu na pogodę) jest trucie na temat "1001 powodów dla których NIENAWIDZĘ Krakowa". I mogę tak dzień w dzień, bez przerwy, światek, piątek i niedziela. Jeśli już mnie trochę znacie, wiecie że moją miłością jest Berlin. Berlin i Blimsien, Blimsien i Berlin. Brzmi dobrze, co? Brzmi jak miłość? To jest miłość. Miłość namiętna, jestem obrzydliwie o B. zazdrosna, okropnie zakochana, zauroczona, nie widzę wad (ah no nawet nie przeszkadza mi, że mówią po niemiecku, nic, nic mi nie przeszkadza) ostatecznie zaślepiona, zwariowana, małoletnio zakręcona na punkcie Berlina. Berlin + Blimsien = WNM. Zawsze jak mam chłopaka to mi tak trochę wstyd za niego, a że ma coś nie teges tu, tam suchym żartem rzuci, tu filmu jakiegoś nie zna, nie widział, niechętnie pokazuję całemu światu, że oto kocham tego pana, bo jakoś zawsze myślę, że ten świat mnie i moje uczucie wykpi. Ale Berlin? Ile się nasłuchałam, że ćpunem jest, że brudasem, że biedakiem. Nic mnie to nie obchodzi. Nawet w najdroższych szpilkach świata, nawet jakbym się miała stać gwiazdą czerwonych dywanów, tylko Berlin! A tu taki low... Kraków? Kraków co gołębiem wali? żulem i oscypkiem? Preclem? Fujka! Smok brzydki, hotel Forum brzydki, zieleni nie mają, platana znam tylko jednego, chodze go czasem odwiedzać. Wszyscy się tu znają na zasadzie sieci połączeń, nie na tyle, żeby sobie cześć zaćwierkać ale dokładnie na tyle, żeby odnotować. Wszyscy, włączając w to przyjezdnych, są jak mobilne stare baby oparte o poduchy, wywalone do połowy przez okno, co to obserwują ulicę. Biada ci dziecino, twój kolejny facet będzie byłym twoich 3 koleżanek i niedoszłym co najmniej 5! Wierz mi! A jednak... jakoś tak, ostanio nieco łaskawiej na to miasto patrzę...

Spotykam sto lat niewidzianego znajomego z Poznania. Obiecałam mu, że zabiorę go na szamkę pierwsza klasa. Wegetarianin, wiecie. Więc spotykamy się i idziemy sobie przez ryneczek, planuję zabrać go do "Pod Norenami" na kolację. Idziemy i gadamy, wieczór jakiś ciepły taki, ludzie wyrozbierani, ogródki w rynku turystów pełne, idziemy. Tu jacyś głusi muzykanci grają, że głowa boli, tam jakieś światełka-śmigiełka fruwają. Nie mój klimat bo ja to przecież "znad morza" jestem. Papież z bursztynów, suszone rozgwiazdy, te sprawy... no ale jest tak nawet lekko "magicznie" jak to mówią o Krakowie. Doszliśmy do miejsca i zamawiamy sobie, ja sushi on wołowinę w sosie ostrygowym. Knajpa cała wege, ani grama mięsiwa, dużo wegan opcji. O knajpie kiedy indziej. W każdym razie ja swoje sushi pochłaniam, znajomy zajada się "wołowiną" i opowiada mi, że "a u nas w Poznaniu" to jeden bar mają. Wegetariański. Fajny ale jeden. Aha i Greenwaya. Ja się uprzejmie krztuszę (zamiast kłaczek szepczę cicho "nori") i mówię "ale że jeden?" bo przypominają mi się czasy kiedy to byłam jeszcze w moim rodzinnym mieście (SZCZECIN kochani SZCZECIN) i tam był tez jeden bar a właściwie restauracja i tyle by było. Przypomniało mi się jak sfrustrowana byłam, że nie da się na mieście nic racjonalnego zjeść jak człowiek pędzi i musi! Albo chciałby podpatrzyć smaki jakieś albo w ogóle no jasna cholera... kebaby same (wegetariańskie nie miały nawet falafela, sama pekińska, przysięgam). Więc zakrztuszona, uprzejmie zafrasowałam się lekko... bo mi się wydawało, że to Polska poszła do przodu. Że nas, wegetarian, wegan tak dużo i to dlatego. Na ulicy na której się stołowaliśmy (Krupnicza) są trzy wege restauracje, dwa eko sklepy, kilka kawiarni, w których za dopłatą można zamówić kawę z mlekiem sojowym i w dodatku w jednej (TEKTURA kłaniam się nisko) zjeść np wegańskiego muffina. Na porządku dziennym. On a regular basis. Że idziesz sobie, wchodzisz i zamawiasz i nie patrzą na ciebie jakbyś z konia spadł. Ale to Krupnicza. Z tym, że za rogiem jest Shake&Bake gdzie na mleku sojowym sobie na luzaczku można szejka wypić. Ale o jedzeniu później. No więc wracamy, znajomy świeżo po tatuowaniu, ręka jak udo, idziemy. Wiesz- mówi on - strasznie tu dużo facetów fajnych. Ubrani ładnie, dużo wytatuowanych ludzi, fajne fryzury mają... w ogóle dużo ludzi. No, no - mówi - masz w czym przebierać. Uśmiecham się pod nosem, bo doświadczenie mi mówi, że połowa tych co fajniej wyglądających to niestety geje, druga część zaś w dużej mierze jest mocno zmanierowana ALE ALE to prawda! W Krakowie jest cała masa ludzi ubranych ciekawie. Z fajnymi fryzurami. Nikt nie patrzy się dziwnie na moje tatuaże, mijam ludzi z włosami różowymi, zielonymi, są dredy, są tatuaże, są kolczyki, są gotyckie lolity, są hipsterki, są szafiarki, są faceci z fryzurą "na modela" i w marynarskich koszulkach w paski no oh <3 nbsp="" p="">
- tu był jeszcze fragment tekstu, który zeżarło mi przez błąd w htmlu ;/

Druga sprawa, coś co w Krakowie bardzo lubię a czego w innych miastach nie ma, to kultura jedzenia na mieście. Może dużo tu studentów o dwóch lewych rękach lub kawalerów, którym dzień bez otwieracza do konserw wydaje się być dramatem, rzutującym na cały tydzień ale fakty są takie, że możesz zjeść na mieście, umówić się na randkę inną niż w kawiarni czy herbaciarni. I to w każdym klimacie. Możesz wyskoczyć na hummus z pieczywem, możesz iść klasycznie na bronka, możesz po bronkach trzech, stanąć pod okraglakiem w celu skonsumowania zapiekanki (nie, te od Endziora wcale nie są lepsze niż inne) co więcej zapiekanki pod okrąglakiem są teraz też w wersji VEGAN co mnie po prostu zwaliło z nóg, na plus oczywiście. Możesz też zjeść śniadanie. Samotnie lub ze znajomymi. To co w innych miastach wydaje się być snobistyczne, napompowane i sztuczne w Krakowie wcale takie nie jest, zapewniam was. To żaden lans ani trend, nie będziecie superkul. Po prostu śniadanie to fajna sprawa jak nie masz nic w lodówce, jak w domu prawie nie mieszkasz, jak jesteś po imprezie i sił na śniadaniowanie brak albo... jak chcesz się spotkać na ploty z przyjaciółką w cenie niskiej. Dowód? Śniadanie w Momencie za np 13 zł - tosty (choć ostatnio była wkładka z całym menu dla wegetarian i wegan) i do tego kawa, czarna lub biała, z nieustającą dolewką. Serwowane do 17stej. Czyż nie miło jest iść i poplotkować w takich okolicznościach przyrody? Zwłaszcza, że obok ludzie chodzą, a chodzą z psami. W Krakowie do niemal każdej knajpy z psem wejdziesz i nikt paluszkiem nie pogrozi. Obok Singer, gdzie w nocy można a nawet trzeba tańczyć na stołach i barze (byłam, tańczyłam do błakańskiego dicho). Obok, w weekend "Żyd" czyli targ staroci, kupisz ładne złote ramki, jakieś używane ciuchy, cukierniczkę i co tylko zechcesz. Dalej są stragany z warzywami! Boże, jak ja to kocham! Idę w te stragany, oglądam, wszystko to samo co w markecie, okraszone spaliną, no ale co robić, co robić. Pani, a dobre ma pani te pomidory? Oj dobre, kochaniutka, dobre! Bo wie pani... złe będą nie kupię więcej! Pani weźmie, wyśmienite na kanapeczkę! A koperek jaki mam, kochana jaki koperek. No to biorę i koperek. Dziś właśnie spędziłam taki dzień, randkując ze sobą, pijąc kawę, na ludzi się gapiąc, Wysokie czytając, bycząc się. Do szewca poszłam. Odebrać jedne buty, zanieść drugie. Bo mówcie co chcecie ale warto dbać o ulubione rzeczy. Ja nie z tych co to wyrzucają. Poza tym nie jestem zwolenniczką DIY w wersji hard. Lubię i chcę płacić ludziom za usługi. Chodzę do dobrego fryzjera (ale nie do sieciówki) płacę bez mrugnięcia okiem w ulubionych knajpach bo cenię pomysł, miłą obsługę, chcę żeby te miejsca były, istniały. Chętnie zapłacę szewcowi a i torebkę lubię naprawić. W Krakowie punktów usługowych jest masa (pamiętam z dzieciństwa punkt gdzie pani cerowała rajstopy mojej mamie jak poszło oczko, ile ja bym dała za taki punkt, ile ukochanych rajstop bym ocaliła!). Potem zgłodniałam a czasu na gotowanie nie było. Za chwilę trening, dam tylko rade wpaść do domu po strój. Więc trzeba coś spożyć na mieście. Zapiekanki nie chcę, chcę zdrowo. Teraz natychmiast. Jestem na Kazimierzu i główkuję... Jest Spółdzielnia - taki tam organiczny bar, mięty do niego nie czuję. Sami Am Am jest git ale za daleko jak na mój niedoczas no i za fast. Jest Love Krowe ale z nimi mam trochę na pieńku, może Wam kiedyś napiszę dlaczego. W Momencie jeść dziś nie chcę. Widzę jakieś greckie przekąski ale wszystko z fetą, kombinuję i obok szyldu eko sklepu MELASA postanawiam postawić na MOMO. Do Momo mięty nie czuję też, ale mają duży wybór i da się tanio, biorę ryż brązowy i czerwone duszone warzywa a do tego świeżo wyciśnięty sok z marchewki i jabłek. Super! I tym sposobem udało mi się zrobić dziś wszystko co sobie zaplanowałam. Nie wyszło mnie drogo choć wole gotować i jeść w domu. A jednak cały dzień, szwędając się po mieście sama, spędziłam czas i miło i klawo.

A mówię Wam tylko o modzie i jedzeniu. Nie wspomniałam jeszcze, że w Krakowie bawić to się możecie do upadłego. Tańczyć do nocy (mało gdzie Was wyrzucą już o pierwszej) w klimacie bardzo różnym i choć specjalnie imprezowa nie jestem (aaa bo ciemno, tłok, pijani oni, pijana ja, pocą się, pocę się, tańczyć chcą, oboże, ciemno, czytać ciężko) to czasem z tych dobrodziejstw korzystam. Do domu mogę wrócić nie tylko nocnym autobusem ale też tramwajem. Jak się zasiedzę u znajomych to mam go co pół godziny. W ogóle komunikacja w Krk jest mistrzostwem świata. Szybka i dość sprawna, choć lepsza przed niedawną zmianą. Naprawdę całkiem opłaca mi się nie mieć auta. Mówiłam już o rowerzystach? A o wystawach? O inicjatywach? Tu ciągle się coś dzieje. Są przeglądy kina takiego i siakiego, jest art boom, są spotkania w zbiorach i podzbiorach, ludzie ze sobą kooperują, chce im się i ciągle coś organizują. Jak nie targi dizajnu to festiwal zupy. Jak nie festiwal zupy to nagle muzyka żydowska. Wiecznie coś.

No i Wisła skisła. Do Odry to się Wisełka nie umywa (bo gorzej pachnie i nazwa jakaś brzydsza) ale tak przespacerować się wzdłuż Wisły? Rolkami się napawać? Na rowerze w sukienusi pojechać? Zatrzymać się na lemoniadę w Drukarni albo chociaż dojechać do Parku Bednarskiego i patrzeć na miasto? Obejrzeć po drodze TEN PIĘKNY DOM NA PARKOWEJ.

Powiem Wam coś w sekrecie... Do Szczecina już nie wrócę (bo on jest już dalej, a ja mam go w sercu sprzed 6 lat) Wrocław jest fajny ale ponoć na dłuższą metę dość nudny, Warszawa jest miła ale jako one night stand, trójmiasto i ja to zero chemii... powiem Wam coś, tylko nikomu nie mówcie... Jak zostać w Polsce... to tylko w Krakowie...


P.S A od jesieni zacznę narzekać na Krk od nowa. Ale teraz, kiedy uliczki cudnie wąskie, kiedy markizy i parasole, kiedy znajomi, kiedy mogę bawić się we Francuzkę lub Włoszkę pijącą espresso i że jest tak bardzo, bardzo ciepło... jeszcze teraz pozwólcie mi kochać Kraków zanim znów zacznę na niego flugać.

poniedziałek, 6 maja 2013

BOHATER TYGODNIA: AWOKADO



Awokado. Wygląda jak duże, zielone jajo. Najpierw jest twarde, twarde i twarde aż w końcu kiedy jest miękkie... często jest przejrzałe. Ale kiedy uda Wam się kupić dobre awokado i zjeść je w odpowiednim momencie... nie ma nic lepszego! Dojrzałe jest maśliste, można smarować nim kanapki, kroić do sałatki lub z łatwością zrobić z niego pastę do smarowania chleba. Z awokado można też zrobić pyszne, zdrowe słodkości. 

MOJE ULUBIONE PRZEPISY NA AWOKADO TO:


ale zamiast twarogu używam teraz najchętniej tofu (świetnie sprawdzą się tez pozostałości po recznie robionym mleku roślinnym)




 

LUB

AWOKADO MOJEJ MAMY

To banalny przepis. Wystarczy przekroić awokado na pół, wyjąć ostrożnie pestkę i zalać dziurkę sosem. Moja mama lubiła podawać tak awokado z sosem zrobionym z wody, oliwy z oliwek, sosu sojowego, świeżo zmielonego pieprzu (grube ziarenka) i odrobiny soku z cytryny.

Po zalaniu dziurki sosem, łyżeczką wyskrobujemy trochę awokado zgarniając sos, tak jakbyśmy jedli jajko na twardo.

Bardzo tak miło podzielić się z kimś połówką i spałaszować ją w ten sposób. Kiedy sosu brakuje, dolewamy go znów i znów... aż zielony środek zniknie całkiem.

CO WIĘCEJ

Jeśli dysponujecie skórką, na której zostało trochę miąższu (mówimy teraz o awokado bez żadnego sosu) możecie wymasować nią twarz, pozostawić jak maseczkę a potem zmyć letnią wodą. Powinno nawilżyć buzię. Nic się nie zmarnuje.

A TERAZ O ZALETACH:

- Owoc awokado zawiera aż 20-30% - głównie nienasyconych kwasów tłuszczowych, czyli tzw "dobrego tłuszczu" znanego również jako Niezbędne Nienasycone Kwasy Tłuszczowe czyli tzw. NNKT.

- Awokado zawiera znaczące ilości witamin B9, B6, K, E i C a także: karoteny, białko oraz sporo magnezu, wapnia i fosforu.
Ze względu na dużą zawartość potasu jest polecane osobom wyczerpanym i cierpiącym na depresję.

- Witamina B6 zawarta w awokado pomaga łagodzić nagłe zmiany nastroju u kobiet, które cierpią na zespół napięcia przedmiesiączkowego.

- Dzięki zawartości witaminy E oraz B, awokado pomaga w łagodzeniu stresu oraz takich problemów, jak niepłodność u kobiet i mężczyzn.
Jest także używane w leczeniu impotencji.
Owoce awokado zalecane są ponadto osobom cierpiącym na anemię, nadciśnienie, dolegliwości żołądkowe i kłopoty z trawieniem.

- Awokado nie zawiera cholesterolu ani sodu.

Dokładne tabele z danymi możecie przeczytać w języku angielskim TU

A dane o wartościach odżywczych pochodzą STĄD

A Wy, macie swoje ulubione dania z wykorzystaniem Awo?

niedziela, 28 kwietnia 2013

There's nothing to do and nothing to say.



I don't know what's right and what's real anymore And I don't know how I'm meant to feel anymore And when do you think it will all become clear? 'Cuz I'm being taken over by the Fear.


czwartek, 25 kwietnia 2013

JuJu

Pisałam już o tym na MTP fejsiku ale napisze i tu... weszłam we współpracę z pewną Justyną i jako JuJu działamy razem, do kupy, cuzamen, ja piszę, Justyna rysuje, Justyna rysuje, ja piszę. O czym? O wszystkim. O Bogu, o życiu, o miłości, o śmierci, o herbacie co wystygła, o kociej sierści, o kilogramach tłuszczu, o czerstwej bułce, o dziwnych snach nad ranem, o zgadze i zachodach słońca. O tym i o wielu, wielu jeszcze rzeczach piszemy i rysujemy i niebawem dam Wam namiary na konkretne miejsca gdzie można nas przeczytać, obejrzeć, utożsamić się lub obrazić.

I mam nadzieję, że wszyscy, którzy znają mnie z pisania na innych, poprzednich blogach, będą uszczęśliwieni :)

FANPAGE