środa, 22 października 2014

Fajne rzeczy do posmakowania, zobaczenia, posłuchania, wypicia tej jesieni.

Źródłem tego zdjęcia zanim je popisałam i obrobiłam było pinterest.com
Hej co u Was?

W Krakowie pierwszy naprawdę zimny i deszczowy dzień. Miasto, które zamieszkuję zrobiło mnie już w tym sezonie kilka razy w konia i kiedy byłam ubrana jak na potop, było słonecznie więc dziś wyłuskałam się z objęć nagiego... kota i wybiegłam w płaszczyku wiatrem podszytym, a tam jak nie lunie... No i potem szłam do domu w deszczu, było mokro, zimno, i ciemno, i myślałam sobie o tym jak ogromnie lubię być w DOMU.

Surfer mówi, że w domu to się co najwyżej umiera. I on jest takim motorkiem za nas dwoje. Wyciąga mnie wiecznie jak nie na jedzenie, to na rowery. Jak nie na rowery, to na rolki. Jak nie na rolki, to do knajpy spotkać ludzi (ofuj!). I aż mu uszy chodzą z radości. Ja dla odmiany jestem najszczęśliwsza, kiedy opatulę się kocem. Serfera mam po lewej, kota po prawej, kieliszek wina w ręce i oglądamy seriale. Omamusiu, aż mi stopy się kiwają z radości pod tym kocem! UWIELBIAM. Oboje więc sobie coś dajemy, on mi rozruch, a ja jemu trochę chillu i odcięcia od bodźców. O tym gdzie łaziliśmy ostatnio opowiem Wam w poście instagramowym. Ale nie dziś. Dziś bowiem będę opowiadać o kokoszeniu się pod kołdrą z kubłem herby w ręce. Jak zwalczam jesienną chandrę albo pogłębiam ją. Co robię jak akurat nie chcę być z ludźmi. Co kocham i co moim skromnym - warto.

DO ZOBACZENIA:


 Zacznę trywialnie bo od serialu. Lubię amerykańskie seriale bo dzielą się na sezony i są rozrywką, która nijak nie imituje życia. Gardzę Klanem czy M jak Miłość bo zamiast oglądać jak Hanka Mostowiak robi pranie, wolę zrobić własne. Ale ponieważ chwilowo nie jestem ani motocyklistką ani nie biegam z klamką po dzielni, co więcej nie sprzedaję broni, ani narkotyków bardzo lubię oglądać Sons of Anarchy zwane SOA. To tylko ok 11 odcinków rocznie. Jeden tygodniowo. Czekam na to jak na WO co sobotę. Nie jest to ultra pouczające ale po prostu fajnie jest patrzeć na umięśnionych chłopców na motocyklach. I na Kalifornię. A w dodatku jest tam dużo muzyki White Buffalo, który tak fajnie, męsko i seksownie chrypi w deszczowe wieczory.

* Skutkiem ubocznym może być nagła zmiana orientacji z typów ciemnowłosych na skandynawskich blondynów i w dodatku spotkanie takowych w realu a co gorsza, zakochanie się w takowych - za co od razu mówię nie odpowiadam a co mi się przydarzyło więc przestrzegam lojalnie!


Kocham Berlin. Z kochania Berlina zaczęłam kochać inne rzeczy. Uczę się niemieckiego bo mówią nim Berlińczycy.  Nawet wsiąkłam w problemy Turków w Niemczech. Wszystko to przez Berlin. Nie mogłam więc nie pokochać Fatih Akina. Pierwszy jego film, który widziałam to "Głową w mur". Soul Kitchen jest jednak radośniejsze, zabawne, wciągające ale nie ma w sobie nic z amerykańskich, przesłodzonych komedii. Lubię ogromnie aktorów o zwykłych twarzach i zębach. Lubię niemieckie kino. A Soul Kitchen szczerze polecam.


This ain't California nie ma nic wspólnego z motocyklistamiz Charming. To również niemiecki film, fabularny ale kręcony jak dokument. O wczesnych latach deskorolki w Berlinie. Jestem rocznikiem '87 i to okołoberlińskim. Jestem za młoda na niektóre wspomnienia ale pamiętam takie rzeczy jak Ślizg, pierwsze skejtowe miejscówki w moim mieście,kiedy skateparki to było jakieś szalone marzenie. Pamiętam pierwsze zajawki hip-hopem (którego nie jestem wielką fanką) i pierwsze graffiti na szczecińskich murach. Trochę z tej pamięci jest przeszczepione bo mam starszych znajomych bliższych i dalszych i ich opowieści rozpalały moją wyobraźnię. Nie jeżdżę na desce (choć kiedyś o tym marzyłam) i  nie jestem bohaterką tych pierwszych opowieści ale ich młodą obserwatorką. Jeśli pamiętacie pierwsze kroki sceny tatuażu w Polsce, jeśli miałyście katających kumpli, którzy jarali za garażami blanty, jeśli kojarzycie Kalibra i Paktofonikę i macie jakieś takie zajawki, siądzie Wam ten film. Spodoba Wam się nawet jeśli nie umiecie ukręcić prostego ollie. Ten film po prostu ma to coś, co miały czasy "pierwszych" najków, blantów, wersów, punków itp itd.


Ten film poleciła mi przyjaciółka, mówiąc, że "taki berliński, spodoba Ci się". Ale berliński nie jest. Za to jest piękny wizualnie, muzycznie. Jest smutny. Daje do myślenia. Trochę bolesny ale też bajeczny i magiczny. Zahacza o moje największe marzenia i jednocześnie największe strachy. To piękny obraz o relacji i o tym, jak rzeczy, które nie przeszkadzają kiedy wszystko idzie dobrze, mogą zamienić się w najgorsze przywary i ściany nie do przeskoczenia, kiedy dzieje się źle. Nie rekomenduję tego na poprawę humoru ale na rozkminę dobre.

DO POSŁUCHANIA:


Ostatnio znów jaram się SANTIGOLD





Albo GRAVEYARD




No i Łona. Łona to szczeciński raper i gość, który sprawia, że jakoś na obczyźnie bardziej się cieszę z tego bycia szczecinianką. Jak Łona klei słowa, ja mentalnie spaceruję ulicami Szczecina, takim jakim go zostawiłam siedem lat temu. W podobny sposób działają chyba na mnie tylko malunki Paukosa. Ostatnio jaram się zwłaszcza WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ z moim miastem w tle. Cudowności.

DO POCZYTANIA:


Jeszcze nie ma ale będzie tej jesieni kulinarna książka Marty z bloga Jadłonomia. Uwielbiam jej przepisy a do tego te piękne zdjęcia. Ta książka ląduje na mojej wishliście do św. Mikołaja! Jako mol książkowy polecałabym nie tylko ją przeczytać ale i... zjeść!


A teraz moja ulubiona książka! Książka,o której Jonathan Carroll napisał "To opowieść 1001 nocy nowego tysiąclecia.Każdy, kto kocha książki, przez całe swoje czytelnicze życie szukał właśnie tej powieści. Jeżeli kogokolwiek pozostawi ona obojętnym,to jest on bezduszny, albo martwy. Albo i to, i to." A czy wujek Jonathan może kłamać? I w ogóle jak nie zakochać się w książce, która zaczyna się słowami "Dużo czasu minęło i wiele się na świecie zmieniło, zanim nauczyłem się tego, co wiem o miłości, przeznaczeniu i ludzkich decyzjach, ale w gruncie rzeczy wszystko to dotarło do mnie w jednej chwili, kiedy zostałem przykuty do muru i zaczęły się tortury. Jakimś sposobem zdałem sobie sprawę - poprzez krzyk w mojej głowie - że choć jestem spętany,bezradny i krwawię, pozostałem wolny; mogłem znienawidzić ludzi, którzy mnie torturowali, albo im wybaczyć. Wiem, nie brzmi to dobrze. Jednak w szarpnięciach i kąsaniu łańcucha, kiedy tylko tyle ci zostało, ta wolność stanowi wszechświat możliwości. A wybór pomiędzy nienawiścią i wybaczeniem może stać się historią twojego życia".

Shantaram to książka metafizyczna, pełna plastycznych opisów i bohaterów z krwi i kości. To jedna z tych książek po których masz kaca, że się skończyły. Jest Ci przykro inie chcesz pozwolić jej odejść. Po prostu nie możesz znieść myśli o przeczytaniu ostatniej kartki. A co jeśli powiem Ci, że napisał ją człowiek z krwi i kości, prawdziwa postać? Facet, który uciekł z więzienia i ukrył się w Bombaju?Mężczyzna, który w życiu zrobił tyle, że mógłby obdzielić swoim doświadczeniem pięć innych osób?

Niech rekomendacją będzie fakt, że były chłopak płakał jak oddawał ;) Bo nie skończył czytać a ja musiałam ją odzyskać.

POPIJAMY TO WSZYSTKO I ZAGRYZAMY:

Gorzką czekoladą (minimum 70% zawartościa kakao) i herbatą imbirową, która poprawia metabolizm i odporność, a na którą składa się - pokrojony w plastry imbir zalany gorącą wodą. Sok z cytryny i łyżeczka miodu lub soku z czarnego bzu, syropu z agawy + ew szczypta cynamonu.

Głaszczemy jeszcze psa, kota, dziecko lub współtowarzysza życia jeśli mamy go w ogóle a już najlepiej pod ręką.

I co? Jesień nie jest taka zła!

sobota, 18 października 2014

GIRLPOWER NA DZIŚ.



















Ostatnio znalazłam w sieci te wspaniałe grafiki Carol Rossetti i przepadłam. W pierwszej chwili pomyślałam, że to bardzo smutne, że choć koją nasze serca, pokazują, że wciąż potrzebujemy od kogoś z zewnątrz potwierdzenia, że oto mamy prawo być sobą. Druga refleksja była taka, że tylko niewiele z tych obrazków można przypasować do mężczyzn. W większości dotyczyłyby one męskiej seksualności (trans lub homo) i okazywania uczuć (nie mazgaj się jak baba) ale nikt nie wymaga od mężczyzn noszenia tupeciku, apatycznego wyglądu w slipach na plaży, szczególnego zadbania, depilacji, tuszowania siwych włosów itp itd. Wydaje się jakby mężczyzna z samego faktu bycia mężczyzną mógł być bliżej fizjologii i samego życia. U kobiet wszystko jest surowo oceniane (i zbyt często, zdecydowanie zbyt często przez same kobiety właśnie).

Wydaję się sobie na chwilę obecną bardzo pogodzona z moim ciałem. Różne procesy, różne metody dostosowywania do mojego "ja" były moim wyborem ale nadal ludzie bez obciachu mówią mi jak POWINNAM wyglądać. Że moje tatuaże są niekobiece. Że mój kolczyk w nosie wygląda jak gile i jest ohydny. A kiedy ubiorę się w sukienkę "wreszcie wyglądasz jak kobieta". Nigdy nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia choć czasami naprawdę mnie mocno wkurzało.

Ja jednak potrzebowałam pozwolenia na inne rzeczy. Ponieważ kiedy tylko wyczułam, że jako dziewczyna (bo jako dziewczynka nie czułam tych ograniczeń) nie mogę być mocna, agresywna, nie mogę czuć złości - bardzo, bardzo się wściekłam. Byłam bardzo autodestrukcyjna i bardzo "mocna" w taki sposób w jaki męski jest macho. Ja potrzebowałam potwierdzenia (czasem do dziś potrzebuję) że mogę być słaba. Mogę nie dać rady. Mogę czuć się zraniona. I mogę chcieć żeby ktoś się mną zaopiekował. O dziwo nastąpił też we mnie jakiś regres i przez ostatnie lata prosiłam o pozwolenie. Czy mogę być taka a nie inna? Czy mogę się zezłościć? Czy mogę postawić granicę? Czy mogę czegoś nie chcieć?

Tak więc moje tematy są głównie psychiczne, emocjonalne, duchowe. Niekoniecznie fizycznie. Ale puszczam Wam te grafiki bo uważam, że są jak balsam na kobiece serce. Bo uważam, że na tym etapie, na którym jesteśmy w Polsce, potrzebujemy tego potwierdzenia cały czas. Potrzebujemy przeczytać to sto razy i powiedzieć "o fuck, przecież to są MOJE sprawy, nie społeczeństwa. I mam prawo być taka jaka właśnie jestem. Moje doświadczenia mogły być dobre, mogły być złe ale nie determinują mnie jako człowieka. Nadal mogę siebie szanować i kochać".

Chciałabym żebyśmy wszystkie tak myślały. Nieważne czy o siwiźnie, o niechęci wobec dzieci, nieogolonych nogach czy o tym, że nie musimy być twardzielkami albo wręcz przeciwnie, że jako kobiety wcale nie musimy być słabe i subtelne, jeśli tylko nie mamy ochoty.

STAY TRUE TO YOURSELF.
będziesz ze sobą do końca życia. Niech to będzie najlepszy związek jaki masz.

czwartek, 16 października 2014

Berlin jak plaster, zmęcznie i łzy. Pragnienie miłości no i Ty. Oczywiście Ty.

Patrzę przez okno i widzę bloki. W oddali gdzieś. Mają pomarańczowe oczy i są jak migoczące świecidełka na nogach egzotycznej piękności. Zapada zmrok w tym dziwnym mieście nad rzeką Wisła. Zastanawiam się nad tym skąd jestem i ile mnie tej nadodrzańskiej zostało. Jakiś zapach czekolady wplątany we włosy? Oddech Bałtyku na skórze karku? Bliskość B.? Zastanawiam się. Patrzę na bloki i przypominam sobie jak patrzyłam na bloki przez okno mojego pokoju. Nie lubiłam tamtego widoku. Widziałam latające samoloty i ciągle marzyłam żeby w nich być. Żeby być panią samej siebie. Żeby nie być tu. Wychodziłam w mrok i popalałam tanie papierosy. Zagryzałam papierówką zerwaną z drzewa koło takiego pustostanu. Szła jesień, a ja marzyłam o miłości. I zawsze się zakochiwałam.

Potem na krótko był widok londyński. Na głośną ulicę. Lubiłam go. Widziałam z okna londyński pub. Nie miałam pieniędzy. Czasami pieszo szłam na Camden Town. Nie myślałam. Nie wiedziałam kim jestem ani kim będę. Nie zastanawiało mnie to. Moje serce biło dla kogoś zostawionego w Polsce i bardzo chciałam wrócić.

Potem widok krakowski. Jeden. Ten okropny, na strzeżony parking. Na beton, który mienił się luksusowym. Przybijało mnie to miejsce, które uważałam za swój dom. Za nic bym tam nie wróciła.

Potem kolejny. Widok na ulicę. Nie lubiłam go. Czułam się tam jak w krypcie.

A teraz ten. I uwielbiam go. Jestem jak w wysokim fotelu i macham nogami. U stóp mam miasto, widzę jeden z kopców. Życie jest ale na dole i w bezpiecznej odległości. Patrzę na lecące samoloty i nie marzę żeby w nich być. Nie marzę by lecieć donikąd. Dobrze pamiętam co robiłam dokładnie rok temu w czwartek. Byłam w miejscu, które już nie istnieje, a pewien mężczyzna trzymał swoją dłoń na moich plecach i obejmował mnie pod pretekstem powiedzenia czegoś na temat piosenki, którą akurat grali, bo to był koncert. Wiedziałam wtedy kim jestem. I nie wiedziałam co będzie dalej.

Dziś, dziś wyobrażam sobie, że jestem na Kuddamie i padają wielkie płatki śniegu. Że jem chińskie kluski. Dziś wyobrażam sobie, że mróz szczypie mnie w nos i robisz sobie ze mną zdjęcia w fotobudce gdzieś w okolicach Kreuzbergu. Że w dłoni ważę worki z soczewicą. Że Ubahn mruczy swoje wieczorne opowieści, śmierdzi sikami i dymem papierosowym, że oglądamy witryny dziwnych małych sklepików. Wyobrażam sobie, że jestem tam tak naturalnie jak zawsze się czuję. Jestem tam tak, jak moje serce jest w mojej klatce piersiowej. Ciężko to wytłumaczyć ale ono jest tam od zawsze. Ja i B. pasujemy do siebie jak dwa kawałki puzzli. To miłość, która nie puszcza. Zagryzam zęby z tęsknoty. W grudniu minie rok. Marzę, marzę o tym, żeby być tam i na chwilę, którką chwilę znów poczuć się w idealnej harmonii.

Dziś wiem kim jestem i nie wiem co będzie dalej. Jak dwa lata temu. I boli mnie, i uwiera. I dech tracę. Planuję, myślę, pracuję, padam. Zasypiam. Nie daję rady, nie dbam o siebie. Walczę, przewracam się, wstaję. Płaczę, krzyczę, warczę, gryzę. Kocham, śmieję się. Mam dość. Zastanawiam się czy są gdzieś ludzie, którzy czują podobnie, mają jak ja. Zastanawiam się czy mi się uda. Chwale się, ganię się. Przepraszam się. Padam sobie w objęcia. Jestem na siebie wściekła.

Jestem wykończona. Przyszła jesień. Chcę kochać i palić papierosy. Nie wiem już sama co gorsze.

Czarny robal zżera mnie od środka. Wiem, że czasu jest mało. Wiem, że za chwilę może nic nie zostać. Boję się, że nikt nie rozumie o co mi chodzi. Boję się, że jestem z tym wszystkim sama i że tak smakuje starość i samotność, że to taka skala mikro.

Odnawiam przysięgę samomałżeńską i obiecuję sobie być silna. Padam spłakana na łóżko jak dziecko. Zasypiam wyczerpana. Obiecuję sobie, że dam radę.

W mojej spokojnej duszy rozpalił się ogień. Ogień wielkiej niezgody i gniewu. Mówię sobie, że realizowanie swoich przekonań i marzeń może być jak religia albo światopogląd. Że nie mogę myśleć po prostu moim obowiązkiem jest robić to co należy zrobić i wziąc wszystkie tego konsekwencje.

Przestałam pytać innych o pozwolenie. Dałam sobie samej pozwolenie. Do błędów. Do bycia beznadziejną. I cudną. Mam dosyć drogowskazów. Mam dość mądrości wygłaszanych przez ludzi, których życie w niczym nie przypomina tego, o którym ja dla siebie marzę.

Boję się, ogromnie boję się. Aż się trzęsę z tego strachu. Jestem miękka i rozgotowana. I kocham siebie za to, że umiem się do tego przyznać. Jestem bezbronna i nieosłonięta. Łatwo mnie dziś podrażnić. Nie umiem się obronić.

O czym marzę? O dużym szaliku. O słonych pocałunkach. O zakochanych oczach. O oddechu. Odwadze. Odwadze, odwadze. O śmiałości realizowania swojej wizji, nawet kiedy wynik nie jest pewny.

O Berlinie. O uścisku tego miasta, które działa na moją duszę jak plaster. Nie chcę płakać w Jaguarze. Dajcie mi płakac w Berlinie.

O Tobie. Że będziesz teraz dość silny, żeby w milczeniu przyjąć moją słabość. W czułości. Choć prosić o to, to wiele.

Tak, to dlatego ostatnio nie piszę. A teraz jeszcze tylko trzy słone łzy i zabieram się za kolejną pracę. Dużo pracuję ostatnio. Ale nie pamiętam już co chcę kupić. Chyba... wolność?

Zmęczona jestem.

środa, 8 października 2014

WYZWANIE PAŹDZIERNIK: POŻEGNAJ TOKSYCZNYCH LUDZI ZE SWOJEGO ŻYCIA



Mój blog wbrew pozorom wcale nie jest zaświadczeniem jak cudowne życie mam, czy jak mądra i pozytywna jestem. Mój blog jest dziennikiem mojego rozwoju a życie dostarcza wielu inspiracji :) Jednak dawna ja, biadoliła (czasem nadal to robię), panikowała (coraz rzadziej to robię) i rozkminiała (zdecydowanie ciągle to robię). Przede wszystkim moim życiem od kilku lat rządził strach. Zmagam się z różnymi rzeczami i mam duże tendencje do pesymizmu i nastrojów depresyjnych. Dlatego właśnie jak sądzę mój blog jest tak skuteczny i ma taką moc inspirowania. Piszecie o tym często, a mnie to bardzo cieszy. Bo to znaczy, że te wszystkie sposoby, które testuję na sobie, są autentyczne i działają. Bardzo mnie cieszy, że mogę się tym z Wami dzielić i że z tego twórczo korzystacie. WYZWANIE MIESIĄCA jest moją propozycją jak zrobić mały krok do przodu, żeby uczynić swoje życie lepszym. Czasem u mnie niewiele się dzieje więc sprzątam szafę albo robię kolejny eksperyment. Czasem dzieje się coś i jeśli już uda mi się to choć w 3/4 przepracować, mogę napisać o tym coś pozytywnego zamiast się żalić. Wyzwanie październikowe  chcę podzielić na dwie części. Jedną dla ducha a drugą dla ciała. Zaczniemy od ducha.

POWIEDZ FOKOF, NARA, CZEŚĆ, CIAO, SIEMA, SEE YA, CZUS, WSZYSTKIM TOKSYCZNYM LUDZIOM, KTÓRZY ISTNIEJĄ W TWOIM ŻYCIU. i którym możesz to powiedzieć

Jesteśmy przyzwyczajeni do słabej jakości. Słabej jakości jedzenia, słabej jakości wypoczynku, słabej jakości przedmiotów i słabej jakości relacji. W dodatku w każdym z nas drzemie dziecko, któremu rodzice mówili, że nie wolno się unosić, bić łopatką innych (a chiałoby się czasem komuś przez łeb łopatką przeczesać, co? ;), trzeba zawsze być mądrzejszym, cierpliwszym i najlepiej w ogóle nie mówić co się myśli. Otóż ja mam problem z mówieniem, bo albo nie jestem asertywna albo walę prosto w oczy ze szczerością, która wykracza poza dobry smak - to temat na innego posta. Mam jednak jedną zajebistą cechę, trochę własną a trochę nabytą, którą bardzo szanuję i o której chcę Wam opowiedzieć. To będzie długi post :)

Otóż, nie czuję, że mam powszechny, państwowy obowiązek podobać się ludziom. Oczywiście, ogromnie zależy mi, żeby myślał o mnie dobrze mój facet (a nawet kilku byłych), rodzice, siostra, przyjaciółki i bliskie koleżanki, kilka nauczycielek, kilka osób, które darzę wielkim szacunkiem. Natomiast wcale nie czuję, że muszę podobać się wszystkim. Jak ostatnio zasłyszałam NIE JESTEM POMIDOROWĄ, ŻEBY WSZYSCY MNIE LUBILI. I ok, pełna akceptacja. Jestem najpyszniejszą w świecie, doprawioną przez siebie samą pomidorową. Pamiętacie też, jak kiedyś wklejałam tu słowa Dity, że "choćbyś była najdojrzalszą, najsłodszą i najbardziej soczystą brzoskiwnią na świecie, zawsze znajdzie się ktoś, kto nie lubi brzoskwiń?". Fajnie byłoby słyszeć o sobie tylko miłe rzeczy, być podziwianym i chwalonym. Ale przecież my też nie lubimy wszystkich, a inni, choć obiektywnie fajni, po prostu nie są w naszym guście. Nie ma w tym nic złego. Więc tu mamy dwie rzeczy - po pierwsze masz lubić siebie. A w moim odczuciu, żeby polubić siebie musisz w ogóle najpierw się poznać. Potem zacząć robić ze sobą rzeczy. A potem się polubisz (bo zazwyczaj jak spędzamy z kimś czas i go poznamy lepiej okazuje się, że zaczynamy go lubić). Sprawa druga jest taka - ponieważ lubisz siebie, nie umrzesz, zapewniam cię, że nie umrzesz, z tego powodu, że nie wszyscy na świecie Cię lubią. Jeśli wypracujesz sobie te dwie rzeczy, jesteś na dobrej drodze!

TOKSYCZNI LUDZIE

Nawiązując do początku posta - wydaje się nam, że musimy pewnych ludzi znosić. Dlaczego? Bo tak wypada (oboże jakie głupoty!), bo ktoś się obrazi (co z tego? i tak Ci szkodzi!), bo to histeryczne (oho, od kiedy to dbanie o siebie jest histeryczne?). W efekcie, godzimy się na słabej jakości relacje, które czesto psują nam krew, nerwy i dobre samopoczucie w imię tak naprawdę,  mówiąc całkiem szczerze, kompletnie niewiadomoczego.

PO CZYM POZNAM ŻE RELACJA JEST TOKSYCZNA? Toksyczny to takie modne i duże słowo. Ale dość obrazowe, więc no dobra - toksyczna osoba to taka osoba, która swoim narzekaniem ciągnie Cię w dół, taka która zanudza Cię na śmierć, taka która Cię umniejsza, taka która projektuje na Ciebie nadmiernie swoje lęki, taka która nie życzy Ci dobrze, taka która obrabia Ci tyłek za plecami, taka która Cię sabotuje lub po prostu samym swoim jestestwem sprawia, że po kontakcie z nią, czujesz się jakbyś przerzucił tonę węgla. To może też być osoba, która po prostu Cię nie lubi. Tylko zapomniała dać Ci znać.

SPOSOBY:

1 Mój pierwszy sposób jest taki, żeby szczerze z ludźmi gadać i dać im znać, że jesteś gotowa, żeby usłyszeć co myślą o Tobie. Robię to ze wszystkimi, którzy są w jakiś sposób ze mną ważni. Robię to z moją siostrą, moją szefową, moim chłopakiem i moimi przyjaciółmi. Daję im pierwsze prawo do powiedzenia mi, że mają mnie dość, że coś robię źle, że ich zraniłam albo coś nie poszło tak jak powinno iść. Nie obiecuję, bo nie mogę obiecać, że nie poczuję się zraniona czy urażona, ale obiecuję, że przemyślę. Po co to robię? Bo chcę móc się poprawić. Bo chcę móc zrozumieć. A przede wszystkim bo nie chcę dostać wypowiedzenia. Z pracy albo relacji. Nie chcę dowiedzieć się z innego źródła, że ktoś nie chce mnie już w swoim życiu albo, że go irytuję. Wolę, żeby dał mi znać i żebym mogła zareagować. Odsunąć się i zdystansować (jeśli tego ktoś sobie życzy) albo poprawić.

2 Dwa co wynika z jeden - jeśli ludzie wiedzą, że punkt 1 jest moją polityką bo zawsze wyjaśniam z nimi sprawy jak tylko czuję, że coś nie jest ok, jeśli mi ściemniają, a potem wychodzą ich prawdziwe intencje, od razu, bez najmniejszego żalu, wywalam ich ze swojego życia. Są u mnie skreśleni, mam ich w kapowniku, nie trzymam urazy ale trzymam ich z dala od siebie. Po prostu nie pasują.

3 Nie podtrzymuję kontaktów z ludźmi, których nie lubię. Jeśli są neutralni, łączą nas wspólne pasje, sprawy zawodowe itp - ok. Ale jeśli ich nie lubię, trzymam ich na dystans, ograniczam im dostęp do mojego życia i po prostu ich ignoruję. Nie utrzymuję też kontaktu z tymi, którzy są ok ale nie lubią mnie.

4 "Nieużywanych" znajomych kasuję z portali społecznościowych oraz kasuję ich numery w książce telefonicznej. Jeśli ktoś naprawdę przegiął pałę - wracam do punktu zero. Nie witam się, nie odzywam się, nie zagłębiam się.

Czy budzi to w Tobie opór? A może Cię to dziwi?

Znajomi w pracy ciągle żartują sobie jak tylko mamy mały konfilkt "czy teraz wywalisz mnie z fejsa jak x,y,z"? Oni tego nie robią. Pozwalają osobom, których nie lubią, karmić się informacjami o swoim życiu lub po prostu czują się w obowiązku "nie odwalać cyrku".

A ja nie chcę pozwalać niegodnym lub niedopowiednim dla mnie ludziom być blisko. Zawsze o to dbam bo jestem bardzo szczera, wylewna wręcz ekshibicjonistyczna w kontaktach z bliskimi i absolutnie nie mogę być blisko z kimś, kto nie jest szczery. Jesli spytasz mnie, powiem Ci, że odcinanie złych ludzi lub niezadowalających nas już relacji, nie jest niczym złym. To po prostu wyznaczanie granic. Ma to też wiele wspólnego z miłością własną. Kocham się i szanuję siebie. Dlaczego miałabym pozwolić komuś być w moim życiu, kiedy ten ktoś, obgaduje mnie, życzy mi źle, krzyczy na mnie, wymusza na mnie jakieś zachowania i ogólnie rzecz biorąc jest nieżyczliwy?

Dlaczego jeśli ktoś odwali mi świnię, mam nadstawić drugi policzek? Zawsze wybaczam ludziom i naprawdę, robię to dla siebie, nie wiem czy pragną mojego przebaczenia, ja go potrzebuję. Nie chce jednak szamotać się, dawać drugich szans, zastanawiac czy i tym razem ktoś nie zachowa się niegodnie i co ma do powiedzenia za moimi plecami. Nie boję się być obojętna, przejść ze stanu znajomości do stanu wtórnej nieznajomości, nie boję się otwartego powiedzenia komuś "nie lubisz mnie, więc proszę po prostu się usuń a nie przychodzisz tylko kiedy jest Ci akurat wygodnie i czegoś ode mnie chcesz". Ja wolę to dać innym.

Bardzo ważne jest danie sobie przyzwolenia na to, że nasze uczucia są ważniejsze niż konwenanse. Ważniejsze dla Ciebie powinno być to, żeby ochronić siebie przed byciem wdeptanym w ziemię niż ochronić kogoś przed tym, że możesz mu podziękować. Zapomnij o "nie wypada".

Wytyczaj granice. Szanuj innych i szanuj siebie. Jeśli ktoś ciągle równa Cię z ziemią albo po prostu nie jest fair, podziękuj mu.

Ciao, cześć i tschoss!

Otaczaj się ludźmi szczerymi i dobrymi. Buduj relacje dobrej jakości. Takie, które Cię wspierają i budują. Kiedy jak w nie coś wkładasz i innym dajesz, czujesz się szczęśliwy na maksa. Lepiej być samemu niż w złym, sciągającym w dół towarzystwie. Zwłaszcza, jeśli miałbyś w nim być z jakiegoś głupiego powodu. Pozwól sobie zatroszczyć się o siebie. A nie o niedobrych dla Ciebie innych.

P.S Tak, jestem w tej materii radykałem. Uważam, że powinniśmy uwalniać się od wszystkich toksycznych osób. Nawet jeśli to teściowa, nawet jeśli to rodzice, rodzeństwo, partner, przyjaciel. Jesteśmy dorośli - jeśli mówisz im, że przekraczają granice i robię Ci aua a oni tego nie szanują - TWOIM OBOWIĄZKIEM JEST USZANOWAĆ SAMEGO SIEBIE. Możesz się z tym nie zgadzać. Ale ja tak właśnie myślę.

P.S 2 Tak, ostatnio znów zrobiłam porządki w kontaktach. Miałam też bardzo przykrą sytuację niedawno, kiedy neutralna osoba z mojego otoczenia wylała na mnie dosłownie wiadro pomyj. Najpierw był szok. Potem zabolało. Potem się wściekłam. Potem wzięłam kilka głębszych oddechów, pokasowałam co trzeba, umyłam ręce i poszłam zjeść zupę z moim kotem Adkiem. Nie bo jestem twardzielem (choć sytuacja była dla mnie ekstremalnie nieprzyjemna) ale dlatego, że to i tak nie był nikt ważny dla mnie. I wiesz co? Oddycham pełniej, jestem szczęśliwsza. Lubię mieć komfort i wiedzieć, że ludzie, w których życiu jestem, cenią sobie moją obecność. Nawet kiedy czasami, naprawdę, naprawdę ich wkurwiam.

poniedziałek, 6 października 2014

NATURALNA PIELĘGNACJA: MASECZKA Z CIECIERZYCY I KURKUMY



Bardzo chciałabym być jedną z tych pięknych beauty blogerek, które nawet z błotem na twarzy wyglądają promiennie i olśniewająco. No cóż, ja wyglądam jak Homer Simpson :) Jeśli jednak nie przeszkadza to w byciu fanką naturalnej pielęgnacji, dziś proponuję maseczkę lub peeling z mąki besan czyli mąki z ciecierzycy. O właściwościach ciecierzycy wiesz już z TEGO POSTA więc widzisz, że przy tamim zestawie witamin nie ma siły żeby ciecierzyca nie pomogła naszej skórze.

Wcześniej już pisałam, że poczyniłam dwie próby pozyskania mąki besan - raz mieliłam ją w młynku sama a raz kupiłam gotową. Jakkolwiek gotowa sprawdza się bajecznie w kuchni, tak ta DIY lepiej daje radę w pielęgnacji naturalnej skóry. Głównie dlatego, że możemy użyć jej jako maseczki ale też peelingu i grubeij zmielona, daje po prostu o wiele lepszy efekt.

Do wykonania maseczki/pasty do peelingu z ciecierzycy, potrzebujesz:

1 łyżkę mąki z ciecierzycy
1/3 łyżeczki kurkumy
sok z cytryny - tyle by uzyskać gęstą pastę

Pasta masujemy twarz, złuszczając delikatnie naskórek i pozostawiamy na kilka minut a potem spłukujemy zimną wodą. Cera jest uspokojona, odżywiona i jaśniejsza a koloryt wyrównany (kurkuma w tych proporcjach nie zabarwiła mojej skóry). Zamiast kurkumy można dodać miodu, pamiętajcie jednak, że to właśnie kurkuma pomaga w gojeniu drobnych ranek, działa przeciwzapalnie, antyseptycznie i bywa używana do leczenia trądziku, egzem, łuszczyc itp.


To się nazywa holistyczne podejście do ciała. Co do wewnątrz, pomoże i na zewnątrz!