piątek, 25 lipca 2014

MAKARON W KREMOWYM ZIOŁOWYM SOSIE



To prosta w przygotowaniu roślinna, wersja makaronu w gęstym, kremowym, śmietanowym sosie. Można w niej wykorzystać ulubione zioła (spróbuj zamienić bazylię na drobny szczypiorek lub miętę) i sezonowe warzywa (zielone szparagi zamiast bobu, groszek cukrowy a może nawet pokrojony w drobne kawałki seler naciowy?). Eksperymentuj do woli!


POTRZEBUJESZ:

1 KOSTKI NATURALNEGO TOFU

GARŚCI ŚWIEŻYCH ZIÓŁ - BAZYLIA

3 ŁYŻEK STOŁOWYCH NATKI PIETRUSZKI

2 ZĄBKÓW CZOSNKU

KAWAŁKI ZIELONYCH, SEZONOWYCH WARZYW - BÓB

SOLI

PIEPRZU

ŁYŻKI STOŁOWEJ SOKU Z CYTRYNY

OLIWY

MAKARONU PEŁNOZIARNISTEGO

PRZEPIS

1 Tofu wraz ze świeżymi ziołami, czosnkiem, sokiem z cytryny zmiel na gładką masę. Jeśli trzeba - dodaj wody i oliwy by rozrzedzić konsystencję (polecam dodać więcej wody niż oliwy). Przypraw do smaku.

2 Bób ugotuj w osolonej wodzie. Opłucz pod zimną wodą i wyłuskaj ze skórek.

3 Makaron ugotuj zgodnie z przepisem na opakowaniu. Odcedź i wrzuć ponownie do garnka. Zalej sosem. Dobrze wymieszaj.

4 Serwuj od razu, posyp wierzch świeżymi ziołami.


P.S Jeśli do sosu nie dodasz wody a jedynie małą część oliwy i pominiesz bób uzyskasz smakowity twarożek do smarowania kanapek.

wtorek, 22 lipca 2014

NAJPIERW JA!



Długo zastanawiałam się czy na pewno chcę napisać tego posta. Posta personalnego, intymnego o wiele bardziej, niż słodkie fotki z ukochanym czy twarz bez makijażu. Posta, którego łatwo obśmiać, bo wszystko co pozytywne i pełne ideałów, wszystko co naiwne jest w naszych czasach idealną pożywką dla każdego kto chce rzucić błotem. Pewne myśli więc zostawiam dla siebie i może to szkoda, bo zazwyczaj właśnie te dobre, kochane, naiwne a nie te uszczypliwe, ostre czy bystre. Ale piszę. Piszę bo chcę być zmianą, którą chciałabym widzieć w świecie. Piszę, bo jestem w takim momencie mojego życia, kiedy bardzo chciałabym to przeczytać. Niby wszystko jest w porządku a może nawet i lepiej. Rok temu miałam się gorzej, byłam po rozstaniu, bałam się, że nie będę miała kolejnej współlokatorki i jak zapłacić za czynsz, byłam singlem (a uważam, że cała jestem stworzona do kochania i bycia kochaną) a jednak było lepiej. Przymierzając 1:1 było lepiej bo miałam więcej sił, energii, słodyczy w sobie, zasobów, marzeń, nadziei na przyszłość, lepsze spojrzenie na świat. Teraz jest źle - jest źle bo straciłam równowagę. Jest źle bo jestem trochę jak ranne zwierzę - zajmuję się głównie tamowaniem upływu "krwi" choć w moim wypadku to jest energia. Jestem zmuszona do przebywania z ludźmi, których nie lubię, którzy mi energię zabierają. Wykonuję wiele czynności totalnie bez sensu. Dla mojego chłopaka ostatnio jestem straszną małpą a cała reszta w ogóle nie ma ze mną kontaktu bo usypiam na stojąco. Straciłam balans i nie jestem już osobą, którą byłam chwilę temu. Zachowuję się bardzo brzydko i męczę się ogromnie. Jestem tuż przed wielkimi zmianami w moim życiu. Mam 27 lat. Wiem czego chcę. Wiem co lubię. Wiem co mi odpowiada. A teraz, pozwólcie, że Wam opowiem...



Jestem ogromnie zła i zmęczona. Żyję życiem, którego dla siebie nie planowałam. W moim środowisku jest wiele ludzi, którzy mówią z pogardą "problemy pierwszego świata" ale to nie jest jeden z tych problemów. Jeśli możesz kreować swoje życie, swój los, zmieniać swoje myśli, otoczenie i świat - jeśli możesz to zrobić (bo jesteś Sybirakiem i nie rozmyślasz jak tu przetrwać, masz więcej opcji) - grzechem jest nie próbować żyć życiem, o którym marzysz. A jak nie marzysz o niczym, jak umiesz tylko w kółko powtarzać, że życie jest właśnie takie, ciężkie i potem to tak w życiu jest, i ojoj i zobaczysz co to będzie jak urodzisz dziecko/po slubie/zachorują ci rodzice itp - to jesteś fujara i tyle.

PUNKT PIERWSZY - to naprawdę się wkurzyć i odciąć od wszystkiego i wszystkich, którzy przeszkadzają Ci w realizowaniu Twojej wizji życiowej.

Nie, nie mówię, że masz ich eksterminować ani nawet unikać. Po prostu nie wchodź z nimi w miarę możliwości w dyskusję ani bliższe relacje. Nie daj się meteopatom (w tym mi!), tym którzy jęczą na kredyt, ciężar egzystencji lub są jak stojąca woda w zapchanym zlewie i nie mają zajawki na nic. Unikaj ludzi, którzy słowa "pieniążki" i "chlebuś" wypowiadają z lękiem na ustach - bo jeśli realnie nigdy im nic nie zabrakło, ich nabożne podejście to nie szacunek tylko jakiś wielki strach wobec okropnego świata, który im chlebuś zabierze. Ostatnią kromeczkę. Jasne - mogłoby się tak zdarzyć i będzie to bardzo przykre ale nie myśl o tym teraz. Nie chcesz bać się świata, prawda? Chcesz kochać świat i chcesz, żeby świat kochał Ciebie.

JEŚLI MASZ WIZJĘ ŻYCIA, KTÓRE CHCESZ PROWADZIĆ, ZDECYDUJ SIĘ RUSZYĆ Z MIEJSCA. Zdecyduj, że dłużej nie zostajesz tu gdzie jesteś.

Moją wizją dotyczącą żywota mojego (amen) jest pomysł, że oto:

MOGĘ BYĆ SOBĄ I:

- mogę w ten sposób zarabiać pieniądze (bo mi nie do twarzy w garsonce)

- mogę być bardzo kochana za to kim jestem (i mogę naginać swoje zachowania, chadzać na kompromisy ale nie muszę zmieniać swojej kwintesencji esencji)

- mogę realizować swoje marzenia i pragnienia bez względu na to co myślą o tym inni (jeśli chcę - nie pić alkoholu, żreć jeno trawę, wynająć panią, która będzie mi prasować wszystkie moje rzeczy bo nie lubię tego robić albo mieć siódemkę dzieci lub olaboga dziewczynę!)

i jeszcze że:

ŻYCIE TO FASCYNUJĄCA PODRÓŻ. PRZYGODA. Nie jakaś straszna przeprawa, nie konkurs piękności, nie olimpiada, nie drabina. 

I postanawiam sobie eliminować z mojego życia wszystko co nie ma ochoty być częścią tej wizji.

I ponieważ piszę to, bo bardzo potrzebuję to przeczytać (a to znaczy, że mam deficyt tej mocy w danej chwili) muszę powiedzieć, że danie sobie prawa do posiadania własnej wizji i uznania jej jest TRUDNE. I trzeba być twardzielem, żeby to prawo sobie dać. A co w tym trudnego? Głównie to, że trzeba mieć przekonanie, że się na te wszystkie wspaniałości ZASŁUGUJE.


Jeśli jeszcze ze mną jesteś, chcę opowiedzieć Ci o moim tatuażu. Nigdy nikomu nie opowiadam co moje tatuaże dla mnie znaczą. Nawet dla siebie ich nie nazywam, umyka to słowom, ale wtedy jeszcze, te osiem lat temu umiałam precyzyjnie powiedzieć o ich znaczeniu. Tatuaże są tylko ładnymi obrazkami ale wyrażają też naszą osobowość (chcemy czy nie tak właśnie jest) i mogą być talizmanami. Nie wiem czy zwróciliście kiedyś uwagę ale na palcu serdecznym lewej dłoni mam symbol diamentu. Nie zrobiłam tego bo to był słodki i modny motyw. Zrobiłam to, bo jako nastolatka, byłam przekonana, że siebie muszę kochać najpierw. Że bez mojego kochania siebie, nikt sensowny mnie nie pokocha. Że bez kochania siebie, bez przyjaźni ze sobą, bez zrozumienia dla siebie, bez cudzej miłości będę biedakiem. Będę musiała żebrać kogoś o miłość i będę czuła się źle kiedy będę sama. Nie chciałam się tak czuć. Uznałam też, że związek ze sobą samą jest jedynym związkiem na całe życie. Czy mi się to podoba czy nie - będę ze sobą na dobre i na złe aż do grobowej deski. Dlatego dobrze byłoby wykorzystać tę lojalność, nie podkładać sobie świni i kochać się jak najlepiej potrafię. A potem kochać tak drugą osobę. A potem dać jej się kochać.

Wspierać siebie w trudnych chwilach.

Zabierać się na spacery.

Wysłuchać siebie, kiedy mam coś do powiedzenia o swoich uczuciach, obawach, radościach.

Uprawiać ze sobą seks (no a co!)

Dbać o swoje zdrowie.

Karmić się pysznymi kąskami.

Zabierać do kina.

Wybaczać sobie.

Robić sobie małe prezenty.

Wyznaczać sobie cele i je realizować.

Wymagać od siebie.

Być uważną na swoje potrzeby.


Tak staram się kochać siebie i mojego mężczyznę. Część z tej listy dotyczy też przyjaciół. Nie wierzę jednak, żeby bez kochania, szanowania i znajomości siebie, człowiek dał radę realizować swoje marzenia o życiu. Żeby miał odwagę, żeby mógł dać sobie tyle wsparcia. Od momentu kiedy zrobiłam ten tatuaż do praktyki minęło wiele czasu. I jeszcze trochę musi go minąć zanim zdecyduję się być matką. Ale chyba jestem na dobrej drodze bo:






Ośmioletnia, mała B. byłaby ze mnie dumna. Nie, nie teraz. Nie dziś może. Ale rok temu. I za chwilę. Byłaby dumna i patrzyłaby z rozdziawioną buzią na tę panią, która ma tak klawe życie i realizuje swoje cele. Ośmioletnia ja, byłaby zachwycona, że jestem taką barwną, żywą, drażniącą, kolorową postacią.

Wiem ,że nie każdemu się podobam. Ale jej tak. I to mnie bardzo cieszy.




A gdybym jeszcze, jako swoja najlepsza czirliderka mogła pokibicować i dać radę, powiedziałabym:

 STAY:

Jedyne czego w życiu żałuję to, że nie dałam się wyrzucić z liceum, które mnie niszczyło. Że czasem przeciągałam związki, które nie były dłużej satysfakcjonujące. Że byłam w strefie komfortu.

Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się podejmować swoich odważnych, autonomicznych decyzji i żałować.

KEEP YOURSELF WILD

&

STAY FUCKING GOLD



*źródło zdjęć 1,2,3 i 4 - tumblr

niedziela, 20 lipca 2014

7 DNI ŚMIECI














Wiem, wiem, że minimalizm ostatnio niesłychanie modny. Modny do znudzenia, kolejne blogi i kolejne książki (których zgodnie z zasadą minimalizmu unikam, szkoda miejsca na półkach) powstają z prędkością światła i wszyscy neofici nagle budzą się ze świadomością, że oto nie potrzebują aż tylu rzeczy! Eureka! Raczej, że nie potrzebują! Jednak jest w minimalistycznym sposobie życia coś co mnie pociąga. I to z wielu powodów. Z powodu poczucia luksusu i zrozumienia, że wolna przestrzeń i czas są niejednokrotnie więcej warte niż zapychanie domu i grafiku (ohhh ale się jaram, że przeminęły czasy kiedy ludzi kręciły służbowe telefony, samochody i laptopy - to jakiś najgorszy sen z możliwych i jeszcze te przechwałki kto jest bardziej w niedoczasie brrr). Z powodu środowiska. Z powodu oszczędności. Szczerze? My nawet nie ocieramy się o minimalizm. W świecie bezmyślnej, odpychającej, paskudnej jakościowo konsumpcji my ledwie ocieramy się o przyzwoitość. Czasem aż przecieram ze zdumienia oczy, kiedy znajomi wytykają mi, że noszę daną rzecz, któryś sezon lub rok z kolei... dla mnie wymiana garderoby związana z nastrojem jest absolutnie nie do pomyślenia. A mimo to jak daleko mi jest do mojej matki, która kupowała nową rzecz tylko gdy stara nadawała się już jedynie do wyrzucenia (a nie była skąpa, w moim odczuciu była racjonalna i owszem, ubrania sprawiały jej dużą przyjemność). Tak czy inaczej mam szczerze dość mnogości przedmiotów wokół mnie. I marketingowców. Naprawdę... KTO POWIEDZIAŁ WAM, ŻE KREM W PUDEŁKU TRZEBA WŁOŻYĆ W KOLEJNE PUDEŁKO I OFOLIOWAĆ? A jednak mimo tego, że przemyśleń z gatunku "antykonsumcyjnych" mam sporo i tak nie spodziewałam się tego, co ukazuje Projekt Grega Segala.

7 dni konsumpcji i jej efekty w formie śmieci. Mocne. Nie moralizuję. Zostawiam Was z tym i jestem ciekawa co sami wymyślicie. Bo ja jeszcze nie wiem... chyba będę jeszcze bardziej zgniatać śmieci przed wrzuceniem ich do kosza. i kupować jak najmniej rzeczy w opakowaniach. I chciałabym, żeby moje śmieci rozkładały się jak najszybciej. Staram się unikać niepotrzebnych, foliowych torebek, segreguję odpady ale i tak efekt naszej codziennej, powszedniej, zwykłej konsumpcji jest przerażający.

P.S Naprawdę się cieszę, że nikt nie zrobił jeszcze podobnego projektu pokazującego tygodniowe średnie zużycie wody. Musiałabym spalić się ze wstydu.


czwartek, 17 lipca 2014

Co gdzie i za ile warto kupić?

Wielokrotnie pytacie mnie w komentarzach jak dużo wydaję na jedzenie albo mówicie, że żeby korzystać z wymienionych przeze mnie składników, trzeba mieć naprawdę dużo pieniędzy, które chce się przeznaczyć na jedzenie. Od jakiegoś czasu staram się Wam udowodnić, że Was również stać na takie jedzenie. Pomińmy chwilowo kwestię tego, że żeby było zdrowo i roślinnie, nie musi być drogo bo nie trzeba jeść przetworzonej żywności. Ale zakładamy, że trochę jesteście leniwi, trochę zapracowani a trochę tak jak i mnie, wcale nie chce się jeść tylko plonów matki ziemi. Ok :) Wrzucałam na fejsa wrzucę i tu, zaktualizowane o moje kolejne zakupy! Mam nadzieję, że to Was zainspiruje do zagłębiania ofert sklepów w Waszej okolicy. Osobiście lubię zjeść dobrze (nienawidzę złej jakości, źle zrobionego jedzenia, dbam o to bardzo, żeby nie jeść makaronu z keczupem i parówek z kaszą) ale nie lubię przepłacić. Mam swoje sztuczki i bardzo chętnie się nimi podzielę. I aha... no tak! Witam po urlopie i długiej nieobecności! Wróciłam!


KAUFLAND 37zł

Dziś chcę się podzielić moimi zakupami na vegan lowbudżet. Za całe zakupy zapłaciłam 37zł w Kauflandzie. 3l wody wysokomineralizowanej, kiść bananów do szejków i szpinak (mam w zamrażarce zapas truskawek, które mroziłam kiedy były tanie). Reszta szpinaku będzie obiadem wraz z brązowym ryżem i pieczarkami (też mam zapas). Kolejny obiad na dwa dni to zupa z marchewki, cebuli i czerwonej soczewicy - zjem ją z pieczywem. Dwie pomarańcze idą na sok. Do tego mam 500g brokuła - zblanszuję go i zjem z kaszą lub brązowym ryżem z posypką z migdałowego parmezanu i przyprawami. W promocji kupiłam też dwa awokado - jedno wyląduje w sałatce a drugie jako smarowidło do kanapek (z dokiem cytryny i pestkami chili). Mały woreczek bobu starczy na dwie kolacje. Aha... i mam jeszcze koszyk nektarynek! Na drugie śniadani. 

TIP AND TRICK: W Kauflandzie znajdziecie awokado w przystępnej cenie. Są dwa rodzaje, jedno z gładką skórką w kolorze trawy - to awokado zdradzieckie. Zdarza mu się zepsuć zanim zmięknie i nigdy nie wiesz czy wydałeś 3zł na marne czy na posiłek. Jest też drugie awokado, prawie brązowe w brzydkiej, chropowatej skórce. To inna odmiana, która w Tesco kosztuje nawet 2zł drożej od tej pierwszej. To awokado kupujesz miękkie lub lekko twarde ale nigdy nie udało mi się trafić na takie, które by się popsuło. W środku to jest jakaś poezja! Idealnie maśliste! W Kaufie opłaca się też kupić zupy Marwitt - bo jest ich tam zawsze spory wybór. 

Biedronka 28zł

Finalnie zdecydowałam się jeszcze na zakupy w Biedronce bo mają dobre mieszanki sałat. Zrobiłam zakupy za 28zł. Chipsy kokosowe za 5zł (bardzo spoko cena, dodam je do ciastek, musli i owsianek), mieszankę sałat, jarmuż - idealnie się składa - użyję go zamiast szpinaku do szejka a jutro uduszę go z ziemniakami, których zabunkrowaną resztkę znalazłam w szafce. Cytryna - do wody, sosów i innych, osławiony rosół warzywny za piątaka (jakby mnie dopadła niemoc kulinarna lub wilczy głód) i 400ml micelu - nie wiem czy vegan czy nie ale dobry jakościowo, wieść niesie, że produkuje go Tołpa - mnie nie podrażnia za za 7 zł to bardzo dobry zakup.  
 
Biedronka ok 17zł
 


 No i kolejne, dzisiejsze zakupy w Biedronce. O sałatce nie ma co mówić. 

Tofu w promocji kosztuje 2,39! Promocja trwa do 30.07 lub wyczerpania zapasów! Z tofu można zrobić majonez, tofucznicę, napełnić nimi sajgonki, ja kroję je do paelli lub prastych dań z ryżem, duszę ze szpinakiem lub jarmużem, dodaję do sałatek lub zjadam samo skropione jakimś miłym sosikiem, jako wieczorny posiłek białkowy.

Bulion - pisałam o tym na fejsie w komentarzach ale nie wszyscy mnie śledzicie więc powtórzę, że buliony te mają krótką przydatność do spożycia ale przyjazny skład.Są wegańskie i kosztują niezałe 5zł za 750 ml. Cieszy mnie to bo nie zawsze mam czas wygotować włoszczyznę jako bazę pod zupę, nie lubię robić bulionu do risotto itp. Nie ma glutaminianu sodu, barwników ani konserwantów. A teraz najlepsze - obecnie w promocji za 0,99 zł. Termin - 21.07.14 Na spokojnie się zje przez weekend. Zrobię pomidorówkę albo inną pyszną zupkę! nom!

Zupa Farmerska - 620g za 5 zł. 2 porcje. Chcecie skład dla lepszego rozeznania? Oto i on:

Woda, warzywa 44% (ziemniaki, marchew, fasolka szparagowa, groszek, soczewica czerwona, por, cebula, soczewica zielona, fasola adzuki zielona, fasola czarne oczko) zboża 4% (jęczmień perłowy i orkisz perłowy), oliwa extra virgine z oliwek 2,2%, olej słonecznikowy, sól, przyprawy, zioła.

Jasne, bezsprzecznie lepiej jest zrobić zupę samemu ale jak człowiek jest zapracowany albo singiel albo cokolwiek - dobrze mieć pod ręką. Ja z przyjemnością spałaszuję ją jutro po powrocie z pracy a przed wpakowaniem się w busa. W cenie 5zł u mnie w pracy można kupić jedną porcję lurowatej, paskudnej, przesolonej zupy z firmy cateringowej. A w Biedronce jest jeszcze zupa ze szparagami i jeszcze inne smaki.

Z tego co wiem - smakują przyzwoicie.



Tak wygląda część zakupów. Jarmuż, tofu, dobrej jakości płyn micelarny, płatki kokosowe, awokado, cytrusy. Z tych rzeczy, kupionych przecież po taniości da się wyczarować ślicznie przyozdobione potrawinki, których nie powstydziłaby się Katarzyna Tuskówna na swoim blogu. Dołóżcie do tego promocje na straganach i jest szał. Bananowe granole z płatkami kokosymi albo truskawkowo - kokosowy sorbet. Guacamole, awokadowe masło czosnkowe, sałatki, dania główne, czipsy z jarmużu no słowem - MNIAM. Moje zdjęcia nie są pięknie obrobione, to szybkie strzały telefonem ale pokazuję co można wszamać:


 Ledwie pół awokado wstarczyło na dwie kanapki (bułki z ziarnem). Pokroiłam je w plastry, posypałam chilli i skropiłam octem balsamicznym. Do tego odrobina soli i śniadanie gotowe!


Sałatka wzbogacona o drugą połówkę awokado, uprażone pestki dyni, przyprawy, młodą kalarepkę od mojej współlokatorki z działki. Do tego przyprawy, trochę świeżych ziół (mam w doniczkach) i sos musztardowo-cytrynowo-octowy (ocet balsamiczny mistrzem świata). Zdjęcie nie oddaje majestatu tej sałatki ale zapewniam Was, że była dużo tańsza i pyszniejsza niż te gotowe sałatki greckie czy inne, które można dostać w marketach.

1 KUPUJ TO CO JEST NA PROMOCJI I DO TEGO DOPASUJ SWÓJ JADŁOSPIS. Jak jest okazja - bierz. Pomysł się znajdzie.

2 KAŻDY SKLEP SIECIOWY MA SWOJE SUPER PRODUKTY - Lidl ma chałwę, Biedra ma zupy, Rossmann ma mleko roślinne i syrop z agawy. Za te same produkty gdzieś indziej (innej marki) zapłacisz krocie.

3 Reszta to po prostu tanie i suche makarony, soczewice, ciecierzyce, fasole, warzywa i owoce sezonowe.


Z tego naprawdę da się skomponować proste i szybkie posiłki jak wyszukane i wspaniałe dania. Tak działam, jem zdrowo, jem dużo, w eko sklepach kupuję jedynie ok 10% a resztę mam podzieloną sklepami/produktami. Dopasowuję się do nich, znam je, wiem co lubię z nich przygotowywać. Ot i sekret :) Mam nadzieję, że się do czegoś taka rada przyda.


WYSZUKIWANIE OKAZJI UŁATWI WAM TEŻ TA GRUPA


P.S Ręką sprawna! Przedwczoraj pierwszy raz byłam znów na rurce! Jest zajka milion! Czuję, że żyję. Pozdrawiam!

poniedziałek, 23 czerwca 2014

O jak ORTOREKSJA.

Dziś się uzewnętrznię i co więcej - liczę na wzajemność. Jeśli jesteście gotowi na spływ kajakowy potokiem myśli moich - zapraszam.

A pisanie i potok sponsoruje literka O. Bo rzecz będzie o ORTOREKSJI, która mówiąc skrótowo jest patologicznym skupianiem się na swojej diecie, eliminacji produktów, eliminacji pewnych sposobów przetwarzania ich itp. Prowadzić może ona do wyalienowania (oho!) albo w skrajnych przypadkach do niedożywienia. Ciekawa jestem czy oficjalnie już ortoreksja zalicza się do grona ED czyli Eating Disorders czyli zaburzeń odżywiania. Których to nigdy nie miałam i nawet jawnie nie znam nikogo kto by miał. Choć nie, jedną podejrzewam. Ale teraz popłyńcie ze mną:

Rozważam to sobie bo mam zajawkę na raw. Mam znajomego na niskotłuzczowej, wysokowęglowodanowej diecie gdzie przeważa surowizna. Zbudował on sobie piękne mięśnie brzucha a startował z wegetarianizmem przy mojej serdecznej przyjaciółce, wtedy ówczesnej dziewczynie *jego, nie mojej), przestawiając się z obiadków gotowanych przez mamę na wege. Ogólnie jest on elo ziomem. Wiecie... elo ziomy mało kiedy dbają o zwierzęta, w tym o siebie, bo głównie koczują po skateparkach, snowparkach itp a z leczniczych ziół styczność mają z  jednym. Mam ci ja z resztą swojego nie elo, ale punk zioma, surfer zioma pod ręką, więc wiem co mówię. I kiedy nagle tracąc elo ex swojej przyjaciółki z pola widzenia na kilka lat, wraca on, w stopniu bardziej zaawansowanym niż ona, niż ja, niż my dwie razem wzięte, i nie wychudł a zmężniał, mięśnie nabył, aktywny totalnie - pozazdrościłam mu! I to jest wątek pierwszy.

Wątek drugi jest taki, że moja inna przyjaciółka jest na diecie. Na diecie bywa kilka razy w roku, od lat prawie sześciu i nigdy tak jakby nic. W tym roku jednak, postanowiła rzucić jedzenie, może, że nie na dobre, ale jednak rzucić i przerzuciła się na dietę opartą na daniach w proszku, uzupełnianych posiłkami roślinnymi. Czemu zamiast jeść kosmiczne żarcie made in USA, nie zaczęła po prostu jeść lepiej i ćwiczyć? Powiedzieć na pewno Wam nie mogę, bo nie wiem. Kilka razy próbowała i zniechęcała się, no po prostu, od ćwiczeń rosły jej mięśnie, mięśnie nie zdążyły jeszcze spalić tłuszczu więc go trochę wypychały wizualnie i motywacja leciała na łeb na szyję. Była u dietetyczki nawet ale stwierdziła, że zbyt dobrze gotuje, zbyt kocha jeść, żeby się tak ukatować. Po czym od dwóch miesięcy je te małe porcje proszku zmieszanego z wodą i żyje. Nie tylko żyje, ale czuje się dobrze i ma 10 kilo na minusie. I ja zawsze ją zachęcałam do sportów i zdrowego jedzenia a ona, że nie i nie. Ja, jak złamałam rękę, robiłam sobie proste rzeczy, wegańskie w sumie, bezzachodowe. No i tak gadamy gadamy i przyjaciółka mi mówi "wiesz, teraz mi nie żal tych przypraw wszystkich, trochę sobie posypię soli, trochę pieprzu i jest tak dobrze, taaak dobrzeee" a ja mówię "no, mam to samo, dokładnie, jem ryż brązowy z brokułami na parze i lubię. Nie wiem jak mogłam kiedyś zalewać wszystko sosami, serami, bóg wie czym." I tak czaszkowałyśmy, czaszkowałyśmy i doszłyśmy do wniosku, że oczyszczanie kubków smakowych nie jest ściemą. Dowodem jest inna moja koleżanka, przesalająca wszystko, jedząca sól w ilościach takich, że na Zakopiance w środku zimy tyle soli nie ma i zrobiła odwyk. Człowiek się odzwyczaja. Jesz czysto i nagle dynia jest słodka, nektarynka jest słodka aż za bardzo, a jak myślisz o Snickersie to cię muli. I to są fakty.

Myśl trzecia jest taka, że Surfer oszukuje! Próbuję go zajawić zdrowym jedzeniem i on trochę się daje, daje się coraz bardziej ale dalej nabiera się na jogurt z musli skąpanym w syropie glukozowo-fruktozowym i nie rozumje, no nie rozumje, że to nie jest zdrowe choć jak z reklamy, gdzie pani nie ma wzdęć bo zjadła zbożowego batona. I on rzuca kawę i nie pije jej niemal w ogóle (bo mu rozumiecie, magnez się wypłukuje) żeby móc tankowac alko weekendami (a ja z nim, no a co!) bo to jest "cheat day" three days a week. Trochę tak mamy.

Czytam też Pepsi, której kiedyś szczerze nie znosiłam i wydaje mi się nadal, że na żywo jest typem babona, którego paliłabym wzrokiem bazyliszka, nie lubię jej języka, brnie mi się przez teksty ciężko a jednak czytam, czytam namiętnie i chłonę. Pepsi Eliot jest terminatorem, który nie dość, że biega bo musi, to jeszcze wydaje krocie na raw i organic i jest niezłomna. I mówi na bezczelnego, że ona sobie nie wyobraża wręcz jeść tego, co ja na przykład nazywam jedzeniem (pysznym i zdrowym) bo to straszny syf i to jak jeść nogę od stołu albo dętkę. I mnie tym wkurwia ale rozumiem bo jak mi nad uchem chlipią, że bez pasztetowej to się nie da, ja też czuję jakby mi ktoś oferował kilogram trocin. Mięso obchodzi mnie tyle co sznurowadła, może nawet mniej, w każdym razie jest w kategorii niejadalne.

Kolejna myśl jest taka, że w głowie mam głos mojego ojca. Popierdolone to wszystko! Mówi ojciec w mojej głowie. Tata mówi - na wszystko jest czas i miejsce. I na loda i na frytki i na gofra z bita śmietaną. Na owoce i na warzywa. Dla mojego rodziciela ja jestem skrajnością stojącą na skraju przepaści. Jak byłam młodsza wróżył mi skłoty i narkomanię. Teraz pewnie zastanawia się czy ta droga nie była jednak lepsza niż ten cholerny wegetarianizm ;) Mój tata przeżywa, że nie chcę o to pić kawy z mlekiem w kawiarni. Albo, że nie mam ochoty na lody w galerii handlowej. Albo słodycze, jakieś wafelki, których nie lubiłam w ogóle nigdy, ale teraz przypomniało mu się, że to dlatego, że jestem żywieniowo NAWIEDZONA! Tata nie rozumiał nigdy mojej mamy i jej zajwek ezoterycznych, nie rozumie też zajki na zdrowe jedzenie, na żywieniową prawdę objawioną i na empatię też nie. Ale przede wszystkim nie uważa on, żeby takie ortodoksyjne wyrzekanie się czegoś było zdrowe (a czasem żałuję, że nie ma absolutnie żadnej jednej rzeczy, w której rodziciel mój byłby ortodoksyjny, choćby to miało być pastowanie butów do kościoła). I przyklasnęłabym tacie, już podnoszę dłonie ale przypomina mi się nagle, że tata mój ma cukrzycę. Cukrzycę też miał dziadek. I miał zapchane naczynia krwionośne. I ten "zdrowy rozsądek" który mi rodziciel oferuje, jakoś nie sprawdził się w jego przypadku. Hmm...

I te wszystkie, wyżej wymienione, skrupulatnie wyliczone myśli podsycone Pepsi Eliotką doprowadziły mnie znów do myślenia - KURDE! Jest ta ortoreksja czy jej nie ma? I kiedy jest? Co w ogóle wyznacza środek skali? Normalność? Bo, że Wam zaprezentuję:

-10 (nie że na minusie, jedziemy od lewej strony na osi, dobrze?)
PEPSI ELIOT organicznie, w zgodzie z naturą i najnowszymi doniesieniami, na mieście to chyba niewiele albo mało gdzie, ze znajomymi, jeśli nie są pepsami eljotami, nie bardzo, w małżeństwie omójpanieboże (ciężko znaleźć fajną osobę tak po prostu a jeszcze weź znajdź fajnego z podobną szajbą - będziesz mistrz). Ale naturalnie, w pewnym sensie niekontrowersyjnie bo toć to same plony natury są. Nie może mowy być o kontrowersji bo to najprostsze żarcie z możliwych. Ale ortorektyczny hardkor.

+10 RODZICIEL plasujący się w mejnstrimie. Tatko nawet zdrowiej jakby bo je sporo surowych warzyw i owoców, więcej na bank niż stastystyczny Polak, wnoszę po Polaku przede mną przy kasie, co to kajzerki, dwa litry nomen omen Pepsi, trochę parówki, pierś z kurczaka. No ale tato mimo wszystko glukozowo - fruktozowy, glutenowy, pełen nabiału, konserwantów, barwników, zapychaczy, zamulaczy i soli. Tato Zero Kalorii i bez cukru, za to z łupieżem aspartamu. Choć nie w awangardzie. Żadne amerykańskie supersize me. Zwykły polski tato, a może trochę inny bo jednak mięso chudsze, dbałość o detal większa.


No i co Wy na to wszystko? Bo ja już nie wiem kto zwariował. I czy ortoreksja jest chorobą? Czy chorobą jest to co nazywają jedzeniem na naszych półkach w supermarkecie? I czy może tak być, że ci co są normalni (bo norma jest większością) normalni nie są? Są po prostu od tego całego syfnego żarcia chorzy?

Wasza, lekko skołowana

Ja